- Dlaczego nie powiedziałeś mi o wizycie Namid u czarownicy?
John siedział w ogromnym tronie. Na sali panował półmrok gdyż większość okien była zasłonięta grubymi kotarami. Przy drzwiach stał jeden strażnik, lecz król dał mu znak, by wyszedł.
John siedział w ogromnym tronie. Na sali panował półmrok gdyż większość okien była zasłonięta grubymi kotarami. Przy drzwiach stał jeden strażnik, lecz król dał mu znak, by wyszedł.
- Wiem jakie jest prawo - odparł zdecydowanym, jednak trochę zmartwionym głosem, Keme.
- Dlaczego więc go nie posłuchałes?
Milczał.
- Odpowiedz!
- Obawiam się że mogłoby ci się to nie spodobać.
- Co przede mną ukrywasz?
Keme znów zwlekał z odpowiedzią.
- Nie rozumiesz o czym świadczy twoje zachowanie? Obawiam się, ze nie będę mógł ci więcej zaufać. Jaki władca slucha doradcy, który nie mówi mu całej prawdy? - wzburzenie króla wzrastało gdy widział smutny spokój i opanowanie na twarzy Keme.
- Dobrze. Więc wysłałem Namid do czarownicy, by ta stwierdziła czy posiada Moc. Złamałem prawo, ponieważ obawiam się że jesteśmy w złej sytuacji politycznej. Obawiam się najgorszego.
Widząc jak król marszczy się, Keme dodał niepewnie:
- Obawiam się... wojny..
Widząc jak król marszczy się, Keme dodał niepewnie:
- Obawiam się... wojny..
-Jak śmiesz! Wyczuwasz wojnę i nic o tym mi nie donosisz? Chcesz milczeć?! - król wzburzył się, zmarszczki na jego czole pogłębiły się, a głos stał się donośniejszy, brzmiał jak seria grzmotów na niespokojnym, granatowym niebie.
W tym momencie potężna kotara wzniosła się ku sufitowi w porywie silnego wiatru. Zalała ich fala światła, które nadało blasku, znękanym ciążącym na nich brzemieniem, twarzom. Oczy zajaśniały lecz tylko przez chwilę, by oderwać myśli od drugiej osoby, od słów których oboje się obawiali, a skupić się na widoku jaki przed nimi się objawił. Oto świeciła Shima - stolica o złotym blasku, jaśniejąca niczym gwiazda Królestwa. Najpiękniejsza o tej porze dnia - popołudniem.
Zasłony powoli opadły, a wiatr ucichł. Widok zniknął za ciemnym materiałem, a król tknięty wizją jego miasta, wstał z tronu i podszedł do okna wychodzącego na Shimę. Jakby zły na wiatr, siły natury, trwający w bojaźni, że pokazują mu to z ironią, nękając starca widokiem tego, co ma stracić. Chwycił kotarę i odsunął ją zamaszystym ruchem. Spojrzał na miasto surowym wzrokiem. Po chwili jednak wyraz jego twarzy przedstawiał troskę, a król patrzał się na stolicę ujawniając matczyny instynkt, który kazał mu przeczuwać, że nad miastem wisi niebezpieczeństwo. Choć odrzucał słowa Keme, nie chcąc im wierzyć, w swoim, czułym na losy jego Królestwa, sercu wiedział, że mają nadejść trudne czasy.
Spuścił wzrok, uniósł swoje dłonie, by się im przyjrzeć. Nie należały już do młodego, zdrowego i walecznego Johna. Płynąca w nich krew była jednak tą samą krwią, która również przed laty płynęła w żyłach tego mężczyzny, gdy brał na swoją głowę złotą koronę. Ubierał ją z wielką powagą, świadom podniosłości tej chwili. Myślał wtedy jednak o chwale tej chwili, jakby jej nastrój miał mu towarzyszyć przez całość jego panowania. Ważny jest to moment dla każdego króla. Jednak mało który wkładając na głowę symbol władzy ma w pamięci koronę również jako symbol ogromnego brzemienia jakie na siebie bierze. Brzemienia odpowiedzialności, która niejednokrotnie wiąże się z cierpieniem. John przekonał się o nim wiele razy w ciągu swoich rządów. Jednak wiedział, że niewielu jego poprzedników panowało tak długo, a ci, którym się to udało, kończyli swój żywot z ręki wroga.
Zasłony powoli opadły, a wiatr ucichł. Widok zniknął za ciemnym materiałem, a król tknięty wizją jego miasta, wstał z tronu i podszedł do okna wychodzącego na Shimę. Jakby zły na wiatr, siły natury, trwający w bojaźni, że pokazują mu to z ironią, nękając starca widokiem tego, co ma stracić. Chwycił kotarę i odsunął ją zamaszystym ruchem. Spojrzał na miasto surowym wzrokiem. Po chwili jednak wyraz jego twarzy przedstawiał troskę, a król patrzał się na stolicę ujawniając matczyny instynkt, który kazał mu przeczuwać, że nad miastem wisi niebezpieczeństwo. Choć odrzucał słowa Keme, nie chcąc im wierzyć, w swoim, czułym na losy jego Królestwa, sercu wiedział, że mają nadejść trudne czasy.
Spuścił wzrok, uniósł swoje dłonie, by się im przyjrzeć. Nie należały już do młodego, zdrowego i walecznego Johna. Płynąca w nich krew była jednak tą samą krwią, która również przed laty płynęła w żyłach tego mężczyzny, gdy brał na swoją głowę złotą koronę. Ubierał ją z wielką powagą, świadom podniosłości tej chwili. Myślał wtedy jednak o chwale tej chwili, jakby jej nastrój miał mu towarzyszyć przez całość jego panowania. Ważny jest to moment dla każdego króla. Jednak mało który wkładając na głowę symbol władzy ma w pamięci koronę również jako symbol ogromnego brzemienia jakie na siebie bierze. Brzemienia odpowiedzialności, która niejednokrotnie wiąże się z cierpieniem. John przekonał się o nim wiele razy w ciągu swoich rządów. Jednak wiedział, że niewielu jego poprzedników panowało tak długo, a ci, którym się to udało, kończyli swój żywot z ręki wroga.
Zasłonił kotary, odwrócił się i spojrzał na Keme nieobecnym wzrokiem. Za jego zamglonymi tęczówkami wciąż jeszcze widział ubiegłe dni swoich rządów.
- Panie.
Wzdrygnął się i zamrugał szybko. Wbił wzrok w swojego doradcę.
- Jeśli pozwolisz, wytłumaczę dlaczego sądzę, że...
- ....lepiej wytłumacz naprzód siebie. Dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałeś?
Mężczyzna zastanowił się. Nie mógł odpowiedzieć władcy, że ten nie słuchał jego, kiedy wcześniej mówił mu o możliwym niebezpieczeństwie.
- Widocznie mówiłem o tym w inny sposób.
Władca zmarszczył brwi, a widząc to Keme szybko dodał:
- Chodzi o to, że oboje jesteśmy świadomi jaka sytuacja panuje w Królestwie. Nie wszystkie moje rady spotkały się z akceptacją Waszej Wysokości...
- ...mów do mnie normalnie, Keme - wtrącił król z poirytowaniem - i jaśniej. Jestem świadom, że to nie są najlepsze czasy dla mieszkańców Aquili, ale robię, co w mojej mocy, by to naprawić. Twoje rady oznaczałyby pozbycie się sporej sumy ze skarbca Shimy. Rozumiesz, co by nastąpiło gdybym mniej przeznaczał na to miasto, a więcej dla innych krain? Z moją słabą i tak już armią, z której zabrałem środki, własnie w celu wspomożenia pozostałej części królestwa, nie uchroniłbym się przed buntem. Nie sądzisz, że lepiej mieć porządek i wiernych, zadowolonych poddanych w swoim najbliższym otoczeniu ...
- ... nie, jeśli chce się rządzić Królestwem, a nie tylko jedną krainą.
- Keme... - odparł władca kręcąc głową - masz być moim doradcą, ale bądź świadom, że to ja rządzę Aquilą, moi poddani byli mi posłuszni jeszcze zanim tu przybyłeś.
- Wiesz jednak, że ludzie buntują się lordom, a ci tylko z obawy przed tobą jeszcze są posłuszni.
- Lordowie nie mają wystarczającej armii!
- Może w jednej krainie nie, ale pomyśl o wojsku zebranym z całego Królestwa.
John usiadł na kamiennych schodach pnących się do tronu. Wsparł ciężką głowę na swojej dłoni. W jego oczach malował się strach.
- Co powinniśmy zrobić? - zapytał łamiącym się głosem. Nie był już w stanie stać, brzmiał słabo.
- Uważam, że musimy wysłać poselstwo do lordów, powinieneś zapewnić ich, że otrzymają środki, by polepszyć sytuację swoich poddanych. I obawiam się, ale nieuniknione będzie uszczuplenie skarbca Shimy.
Keme spojrzał się z troską na swojego władcę i przyjaciela. Usiadł dwa stopnie niżej, zwracając się w jego stronę.
- Wyprowadzimy Aquilę z tego. Królu, pozwól mi powiedzieć, że gdy nieurodzaj dotknął Królestwo słuszne będzie obniżenie podatków, a nawet dodatkowa pomoc jego mieszkańcom.
John milczał. Zawisły nad nimi ciemne chmury, ale na horyzoncie zbierała się potężna burza.
- Wiesz dlaczego nie chciałem żeby Namid poznała teraz swoją Moc?
- Bo to wbrew prawu.
- Nie. To tylko zasada, by utrzymać porządek jak wiele innych zasad, które pojedyncze nie mają znaczenia, ale razem tworzą prawo i zachowują dyscyplinę wśród poddanych. To nie stanowi problemu - zawiesił głos - tyle, że chciałem, by Aaron poślubił twoją córkę.
Spojrzał się na Keme wzrokiem, który zdziwił mężczyznę bardziej niż to, co powiedział. Patrzał się na niego oczami dziecka, które patrzy na rodzica z nadzieją, że uniknie kary. Ze smutkiem, przejęciem i niepokojem. Keme pokiwał powoli głową.
- Ufam Ci bardziej niż komukolwiek innemu z tego pałacu. Bardziej niż Noah, obawiam się. Uważam, że ty i twoja rodzina jesteście uczciwymi i dobrymi ludźmi, a Namid, w dodatku, świetnie dogaduje się z Aaronem. Nie widziałeś jaki był zmartwiony, gdy dowiedział się, że wyjechała.
- Wielki to dla mnie zaszczyt, słyszeć te słowa - odparł nieznacznie się skłaniając.
- Jednak nie mają już wiele znaczenia skoro jej nie ma. W Zakonie spędza się wiele lat, a później rzadko wraca do rodzinnych stron. Uczniowie dowiadują się, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż spokój w domowym zaciszu, czy ustatkowanie się u boku odpowiedniego męża, czy żony i założenie rodziny. Posiadają wiedzę, a jedna z nauk mówi im, że życie to droga. Więc w tą drogę wyruszają.
*
- Skąd się wzięły smoki? - zapytała Namid.
Russi i Makhu kłusowały równym tempem, wchodząc na niezbyt strome wzgórze.
- Ten, którego widzieliśmy prawdopodobnie nie pochodzi z Aquili tylko zza Wielkich Gór *
- Czyli z północy?
- Tak.
Przewodnik jechał wyprostowany, marszczył brwi wypatrując czegoś na horyzoncie. Namid wpatrywała się w umięśniony kark Russi. Skóra pokryta rudobrązową sierścią okrywała napinające się mięśnie, których zarys był jednak doskonale widoczny.
- Dokończysz swoją opowieść? - zapytała zwracając się w kierunku Przewodnika.
- Później.
Namid cicho westchnęła odwracając głowę w kierunku, w którym zmierzali. Byli już prawie na szczycie wzgórza, zza którego wyłaniała się panorama Covinhear, którego granice mieli zaraz przekroczyć. Chociaż była to bardzo górzysta kraina, odcinek, na który wjeżdżali prowadził szeroką drogą po równym terenie. Na początku mijali domostwa, stare drewniane chaty, ale im bliżej centrum tego nędznego miasteczka się znajdowali, domy wyglądały na solidniejsze. Budowla znajdująca się koło skrzyżowania dwóch dróg była wykonana z kamienia, a napis nad wejściem głosił, że stoją przed gospodą, co też tłumaczyło takie położenie i najokazalszy wygląd. Prawdopodobnie stanowiło to główne miejsce spotkań mieszkańców miasteczka i okolicznych wiosek. Na drewnianym szyldzie, który uderzał o ścianę budynku przy silniejszym podmuchu wiatru, narysowany był groźnie wyglądający smok.
Zsiedli z koni, które przywiązali w wyznaczonym miejscu, koło budynku.
- Zostaw łuk - rzucił przewodnik, a następnie zniknął za drzwiami gospody.
Dziewczynka nie mogła protestować.Gdy weszła do środka, uderzyła ją nieprzyjemna woń potu i stęchlizny. Po jakimś czasie zaczęła rozpoznawać poszczególne zapachy, a w końcu nawet się do nich przyzwyczajać. Słońce zachodziło, a w środku panował półmrok. Na stołach rozstawiono po kilka grubych świec, które dawały zadziwiająco dużo światła. Rozjaśniały spuchnięte, czerwone twarze, wyglądające tak groteskowo w delikatnej jasności niewinnego światła świec. Stoły były ustawione ciasno, a na końcu pomieszczenia znajdowała się lada, za którą siedziała kobieta, pewnie właścicielka.
Przewodnik usiadł na ławie znajdującej się na prawo od wejścia, w kącie pomieszczenia. Namid zajęła miejsce naprzeciwko niego.
- Zaczekaj chwilę - powiedział i skierował się do kobiety stojącej na drugim końcu pokoju.
Dziewczynka nie mogła słyszeć, co mówili lecz widziała każdy grymas gospodyni. Głębokie bruzdy przecinały jej zmęczoną twarz. Długi, spiczasty nos wyglądał jakby został doczepiony dla żartu do tego dziwnego, pulchnego oblicza. Zupełnie jakby ktoś kpił sobie tworząc tak groteskową postać.
- Dziś tu zostajemy - odparł mężczyzna, gdy znów usiadł przy stole z Namid.
- Kim jest ta kobieta? - zapytała zaciekawiona dziewczynka.
- Ona? To stara właścicielka tego miejsca. Założył to jej dziad, a gdy zmarł, ona przejęła to miejsce.
- Nie... Chodzi mi o ..
Wypowiedź Namid przerwała zagłuszająca salwa śmiechu zakończona donośnym uderzeniem żelaznego kufla w drewniany stół.
- ... chodzi mi o to czym się zajmuje. Tak jak ty, prowadzisz ludzi do Zakonu, to co ona robi?
- Pracuje tutaj.
- Codziennie?
- Każdego, marnego dnia.
- To paskudne - zkrzywiła się Namid.
- Czemu tak mówisz? Praca to praca, jakie możliwości mają ludzie w tak małym miasteczku?
- Nie chodzi mi o jej zajęcie, a raczej o to, co to z nią robi.
- Chyba nie widze tego, co ty.
- Spójrz na jej twarz i pomyśl o tym, co ona codziennie tu widzi i co słyszy.
Przewodnik milczał. Obserwował kobietę przez pewien czas, a potem spojrzał się na Namid.
- Zapomniałem - zwrócił się do niej po chwili z pobłażliwym uśmiechem - zapomniałem, że jesteś jeszcze bardzo młoda i postrzegasz świat inaczej niż ja. Zobaczysz, to stanie się twoją rzeczywistością.
Namid nie wiedząc dokładnie, co mężczyzna miał na myśli mówiąc ostatnie zdanie, odezwała się:
- Słyszałam dużo jak mówicie o dzieciach, ale skąd wiesz, czy to nie ty przypadkiem utraciłeś możliwość widzenia świata n a p r a w d ę?
Przewodnik był wyraźnie zdziwiony jej odpowiedzią. Spojrzał się w stronę kobiety, jakby chciał się w czymś upewnić. Tym razem przyglądał się jej znacznie dłużej, a gdy skończył, odwrócił się do dziewczynki i skierował na nią spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
- Muszę załatwić jeszcze pewną sprawę w mieście i nie chcę zostawiać cię tu samej. Idziemy.
*
Aaron spędził cały dzień zaszyty w ogrodzie. Właściwie miał zamiar zostać tam i przez noc, gdyby nie jego ojciec, który zjawił się jak nie król, lecz jego duch oświetlony łuną pełnego księżyca. Widok syna otoczonego książkami nie był dla niego niczym nadzwyczajnym. Jednak jeszcze nie widział Aarona, który nie może skupić się na lekturze w związku z czym złości się okropnie i zamiast czytać, kładzie się na trawie, by spojrzeć na gwiazdy i znaleźć w nich spokój.
Mężczyzna zbliżył się do syna i usiadł koło niego na trawie. Chłopiec nie poruszył się.
- Nie chciałbyś wyjechać z matką do swojej babki w Waturidi?
Aaron pokręcił głową.
- Dobrze, a czy mogę ci jakoś pomóc?
Chłopiec drgnął. Wsparł się na łokciach i spojrzał na swojego ojca. Prawdziwego, dobrego i zmartwionego smutkiem swojego dziecka, ojca. Nie dostrzegł jednak w jego oczach wiarygodności, której może podświadomie szukał.
- Czy to prawda, że już jej nie spotkam?
John milczał. Wahał się jak odpowiedzieć, by nie złamać serca Aarona. Chociaż właściwie sam do końca nie był pewny odpowiedzi.
- Rozumiem... Ojcze... kiedy zostanę królem?
Mężczyzna nie spodziewał się, że to pytanie padnie w tej chwili. Zastanowił się i przypomniał sobie dzisiejszą rozmowę z Keme. Zadumał się nad sprawami, które były sprawami króla.
- Uważasz, że źle rządzę? - spytał, a w jego oczach rozbłysnęły iskry nadziei.
Aaron wziął to za ucieczkę od odpowiedzi, nie dostrzegł w tym pytaniu nic z jego prawdziwej natury. Nie usłyszał rozpaczy, wołania o pomoc.
- Wiem, że jestem młody, ale mam masę planów co do królestwa. To byłoby piękne... widzę jak poddani wielbią swojego władcę, który ratuje ich i pozdrawia z zamkowego balkonu...
- Aaronie! - rzekł ostro ojciec - nie jesteś gotowy, by zostać królem. Aquila kocha swoich władców, ale każdy z nich pracuje na to latami.
Chłopiec zdziwił się reakcją Johna, który poderwał się ze złością. Nie wiedział jednak, że serce ojca biło rytmicznie uderzając w czarną, blaszaną czarę wyjdając za każdym razem głuchy, pusty dźwięk, który męczył zmysły przywołując na myśl wizję ciemnych oczodołów złowrogiego niepokoju.
Król stał nad synem, gdy ten powoli wstał i wyprostował się. Westchnął szukając czegoś świdrującym wzrokiem w ścianie pałacu. Potem położył dłoń na lewym ramieniu chłopca i spojrzał się na niego nieobecnymi oczami.
- Jutro przyjeżdża wuj.
Twarz Aarona rozpromieniła się, czego John nie mógł już dostrzec. Odwrócił się w stronę zamku i odszedł. Wyglądał na znacznie starszego niż zanim się tu zjawił.
Podążył do komnaty, w której znajdowała się Noah. Kobieta czytała siedząc w obitym w szkarłat fotelu.
- Z rana otrzymałem list od Nathana - odezwał się John - jutro ma się zjawić.
Noah uniosła wzrok znad książki.
- W jakiej sprawie?
- Nie pisał o tym.
Kobieta skinęła odruchowo głową. Cały czas obserwowała Johna, który siedział zgarbiony w wysokim fotelu. Jego postać wręcz promieniowała aurą zmartwienia i smutku.
- Co cię gnębi? - zatroskała się.
Odłożywszy książkę na stolik, wstała i usiadła na stojącym koło króla fotelu. Swoją smukłą, delikatną jak papier, dłoń położyła na jego ręku. Jej chłodne palce wręcz oparzyły się dotykając jego rozgrzanej skóry.
- Nie masz przypadkiem gorączki? - zapytała nieco wystraszona.
- To tylko zmęczenie- odparł spokojnie John - wiesz ile dowiedziałem się dziś o sobie i Królestwie? Tyle prawdy o nas nie poznałem przez te wszystkie lata rządzenia nim.
- Kochany - szepnęła - powinieneś chyba odpocząć. Swoim poddanym będziesz bardziej potrzebny wypoczęty niż opadający z sił.
- Sen jest pozornym szczęściem ludzi zmartwionych oraz niedocenionym darem ludzi szczęśliwych.
Na twarz Johna wstąpił smutny uśmiech. Zawahał się chwilę, poruszył swoją kruchą postać siedzącą w fotelu, a następnie odparł:
- Przez te wszystkie lata rządziłem raczej Shimą niż Królestwem... Mają prawo się na mnie gniewać.
- Proszę, idź lepiej spać.
John posłusznie wstał, ciężkim krokiem skierował się do drzwi. Jednak zanim wyszedł, obrócił się i odparł:
- Dobry ojciec nie mówi o miłości do swoich dzieci faworyzując jedno z nich.
Mężczyzna opuścił pomieszczenie pozostawiając Noah z ogromnym ciężarem myśli. Nie poszedł do komnaty, w której spali, ale wszedł do sali tronowej, w której znajdowało się wyjście na balkon. Panorama jaką można było stamtąd podziwiać obejmowała całą Shimę. Każdy jej kraniec. Nie widać było innych krain, jedynie to potężne i piękne miasto. John oparł się o marmurową poręcz. Księżyc oświetlał go jak postać z legend. Starego króla, który okazuje się być potworem, a nocą zamienia się w nieludzką postać i ucieka do pobliskiej puszczy. On nie posiadał jednak podobnej tajemnicy. Był jednak powiernikiem wielu sekretnych spraw swoich poddanych. Teraz myślał o nich patrząc na spokojne miasto. Jeśli w jakimś miejscu odbywała się teraz biesiada, czy przyjęcie, musiało być to daleko od pałacu, bo król mógł wyraźnie usłyszeć odgłos świerszczy dobiegający z pałacowego ogrodu.
______________
przepraszam, że tak długo czekaliście na tego posta. Zapewniam Was jednak, że kolejny rozdział pojawi się już wkrótce, bo mam wiele pomysłów, wszędzie znajduję inspiracje i materiały na kolejną notkę.
Świetny rozdział. Bardzo spodobała mi się rozmowa Keme i Johna - wspaniale ukazałaś emocje, które towarzyszyły królowi podczas ich konwersacji.
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa, jak Namid poradzi sobie z życiem w Zakonie. Wprost nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, aby dowiedzieć się, jak dalej potoczą się jej losy, oraz losy Aarona.
Pozdrawiam.
Miło to słyszeć ;) obiecuję, że kolejne rozdziały będą jeszcze ciekawsze!
UsuńWspaniały rozdział! Jak dla mnie, twój najlepszy! Lubie rozterki władców i widzę, że będzie się cosik działo w królestwie (wojny dają duże pole do popisu w opowiadaniu, prawda? ;P). I tak jak frank jestem ciekawa Zakonu.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i zapraszam na nowy rozdział Namiestnika ;*
Bardzo się cieszę, że Ci się podobało! :D Długo nad nim pracowałam, niestety od dłuższego czasu miałam wiele do roboty i przez to mało czasu na wszelkie blogi :/ Pewnie zauważyłaś, że dawno nic nie publikowałam, co ma się jednak zmienić już za tydzień! Nie wchodziłam też na Namiestnika, ale obiecuję, że nadrobię zaległości w czytaniu jak tylko uporam się ze szkołą. Pozdrawiam ;)
UsuńSuper rozdział dużo się działo :)
OdpowiedzUsuń:) a to dopiero początek...
UsuńCo tu wiele mówić, świetnie piszesz, masz ogromną wyobraźnie. I zżera mnie ciekawość co się stanie dalej.
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo i mam nadzieję, że kolejne rozdziały również Cię nie zawiodą :)
UsuńNo, czekam, czekam na te dalsze ;)
UsuńWspaniały wpis, mam nadzieję że jeszcze coś napiszesz :) Masz talent, zapraszam na mój blog. Opowiadania Ines- Bajki mojego dzieciństwa
OdpowiedzUsuńPozdrawiam---