piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział 2

   Czas przez jaki Hassun nie powracał przedłużał się. Namid nerwowo uderzała opuszkami palców w kolana. Siedziała na ziemi czekając aż starszy brat powróci. Nakazał jej czekać, by nie spłoszyła zwierzęcia, a sam oddalił się podążając za ofiarą. Hassun był umiejętnym łowcą. Jego wielką zaletą była zdolność bezszelestnego skradania się. Potrafił pozostać niezauważony mimo swojej dobrze zbudowanej, postawnej sylwetki.
   Po polowaniu szli do miasta sprzedać mięso, skórę i futro. Zarobione pieniądze Hassun odkładał. Jego siostra zawsze pytała na co mu te oszczędności. Brat powtarzał, że przyszłość szykuje wiele niespodzianek.
Wracając spotkali Aarona, Aponi i Davida siedzących pod ogromną sosną, na skraju lasu. W dalszą drogę udali się wspólnie.
-Słyszeliście? Podobno ze Szkarłatnego Klasztoru w Covinhear zaginęło pięciu uczniów. Ja się tam na tym nie znam, ale mówią, że zniknęły również bardzo cenne i potężne księgi i jakieś magiczne przedmioty - powiedział David.
W oczach Namid rozbłysnęły iskry. Nareszcie coś się działo. Spokojna jesień mogła przestać straszyć swoją monotonnością i łagodnym jak zawsze przebiegiem.
- Ruszajmy ich znaleźć! - wykrzyknęła z dziecięcym entuzjazmem.
- Tym zajmie się armia - odparł Hassun nawet na nią nie patrząc. Wzrok wbił w horyzont nie poświęcając zbyt wiele uwagi otoczeniu.
- Chciałabym móc czarować - westchnęła Aponi trącając nogą leżącą przed nią gałąź - wyobraźcie sobie jak niezależnym można się stać. Ile rzeczy można zrobić nie przejmując się tym, co pomyślą inni.
Hassun milczał, ale dało się wyczuć, że karcąca uwaga omal nie wyślizga mu się z ust. Aaron również nie odzywał się, a oczy wbił w ziemię wyglądając na bardzo przygnębionego.
- W przyszłości zostanę magiem - rozmarzyła się Namid.
- Przecież jeszcze niedawno mówiłaś, że chcesz być łowcą - zdziwiła się Aponi.
- Mogę to przecież pogodzić - odparła na to dziewczyna. Uśmiechnęła się i odchyliła głowę, by móc wpatrywać się w zachmurzone niebo. Wyglądało bardzo spokojnie, do tego stopnia, że wywoływało nużącą aurę spowodowaną nie tylko rozmaitymi odcieniami szarości przykrywającymi niebo, ale i świecącymi ramami chmur, w które były oprawione.
   Gdy przeszli połowę trasy dzielącej ich od pałacu, Hassun odparł, że musi załatwić pewne sprawy w mieście i odłączył się od grupy. Przez dłuższy czas po jego odejściu szli w milczeniu. Każdy z nich wydawał się emitować odmienną aurę. David zapewne rozmyślał o niesamowitych wojnach, bitwach i morskich przygodach, o których tak wiele słyszał od ojca. Aponi z niepokojem rozmyślała o wiadomości, którą przekazał im przyjaciel. Dziewczyna zawsze przejmowała się wszystkim bardziej niż powinna, była strachliwa lecz starała się nie sprawiać tym problemów innym. Umysł Aarona musiał przypominać niebo, które wyglądało wyjątkowo przygnębiająco tego dnia, a przy tym pozostawało nieprzeniknione, podobnie jak on. Namid do pewnego momentu rozmarzona snuła plany i wyobrażała sobie siebie w ogromnych lasach Rayen z łukiem przewieszonym przez ramię. Jednak później podeszła do Aarona i krocząc koło chłopca raz po raz ukradkiem spoglądała w jego stronę.
   David i Aponi szli za tą dwójką, która zaczęła przyspieszać. Właściwie to chłopiec zaczął lecz Namid chciała dotrzymać mu kroku. W końcu nie mogła znieść głowienia się nad nieodgadnionym wyrazem jego szmaragdowych oczu i spytała:
- Aaron, co się stało?
Przez chwilę słyszała jedynie głośniejsze uderzenia butów o kamienne płyty. Jednak zaraz potem odezwał się zmęczonym głosem:
- Nic wielkiego.
- Widzę, że coś cię gnębi - zmarszczyła brwi i wpatrywała się w niego tak długo, by w końcu na nią spojrzał. Gdy wreszcie odwrócił się w jej kierunku zdziwiła się nie widząc na jego twarzy smutku lecz irytację.
- Nie chcę mówić, bo wiem, że i tak nic nie pomożesz - wyczuła w jego głosie dziwną zaciekłość niepodobną do dziesięciolatka - ale skoro musisz wiedzieć, to nie mogę jechać do wuja - odparł wbijając wzrok w czubki butów.
Namid dobrze wiedzieała, że Aarona i Nathana łączyła silna więź, której nigdy nie udało mu się nawiązać ze swoim domniemanym ojcem.
- Dlaczego?
- To tajne informacje - odrzekł nagle ściszając głos i przybierając poważną minę - podobno Lord Minheard groził, że zaatakuje Otori.
- Nie rozumiem - zmarszczyła czoło i ściągnęła brwi - przecież te krainy nawet nie leżą koło siebie. Po co miałyby prowadzić wojnę?
Aaron wzruszył ramionami i obdarzył ją spojrzeniem pary świecących, szmaragdowych oczu.
- Wydaje mi się, że słyszałem jak ojciec mówił kiedyś o kradnięciu sojuszników - odparł spoglądając na zachmurzone niebo.
   Namid długo rozmyślała, o tym co powiedział przyjaciel. Zastanawiała się o jaki sojusz chodziło, gdyż wydawało jej się, że każda z krain była do siebie pokojowo nastawiona, a sojusznik potrzebny byłby jedynie królestwu, a nie jego części. W dodatku dlaczego miałaby rozpętać się wojna, przecież Błękitne Plemię zawarło porozumienie z królem. Czy istniało prawdopodobieństwo większego konfliktu? Jeśli tak, to o jakim charakterze? Między krainami? Sprawy dyplomatyczne nie docierały do dziecięcych uszu zza zamkniętych drzwi sali w pałacu. Nawet jej ojciec zawsze milczał o tematach, które omawiał z władcą.
   Jednak Namid ostatnio zauważyła, że Keme więcej czasu spędza w pracy, a podróże w które się udaje, jako reprezentant króla i interesów Shimy, trwają nawet o kilka dni dłużej. Choć dziewczyna czuła, że sprawy w królestwie nie zmierzają we właściwym kierunku, nie wiedziała jakiego obrotu spraw może się spodziewać.

*

   Tego samego dnia, późnym popołudniem, do domu wrócił Keme. Jak zwykle przywitał się z rodziną, objął Isi, a następnie zjadł w milczeniu. I tym razem nie mogli spodziewać się żadnych opowieści. Mężczyzna jeszcze długo po wejściu do domu mrużył oczy jakby mimo później pory ciągle dokuczało mu słońce. Jednak skupione spojrzenie podłużnych, ciemnych oczu, w połączeniu z orlim nosem, budziło niepokój w uważnie przyglądającej się ojcu Namid. Dziewczynka zawsze bacznie obserwowała ludzi i zdawała się dostrzegać więcej niż inni. To ona zauważyła inne niż zazwyczaj zachowanie Miriam - mieszkającej po sąsiedzku elfki - która okazała się być pod umiejętnie rzuconym na nią urokiem.
  Tej nocy przeczuwała, że Keme chce przekazać któremuś z ich trójki coś ważnego. Może wreszcie opowie, co wydarzyło się w podróży - rozmyślała - może jest coś czego sam nie jest w stanie unieść. Istotnie, gdy Namid ogarnęło znużenie któremu, choć usilnie próbowała, nie mogła się oprzeć, do pomieszczenia wszedł jej ojciec. Nie widziała jego twarzy ani sylwetki, ale poznała ciężkie lecz ciche kroki. Odwróciła się do niego. Keme uśmiechnął się. Choć dziewczynka nie widział wyraźnie jego oblicza, wiedziała, że był to smutny uśmiech.
- Namid, ubierz się i wyjdź po cichu przed dom - odparł szeptem, a a następnie opuścił pokój.
Ubrała skórzane spodnie i błękitną, za dużą koszulę, i pobiegła do ojca. Zrobiła to jednak bezszelestnie, jak prosił. Była podekscytowana, nie potrafiła tego ukryć przed Keme.
   Szli w ciszy, otuleni ciemnością, a drogę oświetlał im księżyc. Trasa nie okazała się być długa. Dziewczynka ledwie zdążyła dostosować tempo do ogromnych kroków ojca i wpaść w rytm wysłuchując się w uderzenia butów o kamienną drogę, gdy Keme zatrzymał się przed zatopionymi w mroku drzwiami. Były wykonane ze starego, bardzo już zniszczonego drewna, które wydawało się być miażdżone przez kamienne ściany i sufit. Wejście do domu było cofnięte wgłąb kamiennego korytarza, a drzwi ledwie na jego końcu zauważalne. Wchodząc w ciemność miało się nieodparte wrażenie, że zagłębia się we wrota innego świata.
     Ojciec zatrzymał się przed budynkiem i odwrócił do Namid. Wpatrywali się w siebie przez dłuższy czas - Keme z troską i niepokojem, a Namid z ciekawością. Ich oczy błyszczały się tą samą iskrą, a dziewczynka odziedziczyła ich kształt i kolor po ojcu, więc były nie do odróżnienia.
- Kocham Cię, Namid - powiedział poważnie, ale miękkim głosem - nauczyłem Ciebie i braci posługiwać się łukiem i radzić sobie w razie gdyby miało mnie zabraknąć.
Namid otwarła usta jakby chciała zaprotestować, ale ojciec pokręcił głową i nakazał, by słuchała dalej.
- Jesteś młoda, ale myślę, że masz w sobie coś, co odróżnia Cię od innych. Nie potrafię tego sprawdzić lecz istnieje ktoś kto ma taką umiejętność - zamilkł i rzucił szybkie spojrzenie na zamknięte drzwi.
Oczy Namid podążyły w ślad za ojcem. Keme westchnął i odezwał się ponownie:
- Powinnaś przyjść tu dopiero za rok. To znaczy powinienem Cię tu wtedy przyprowadzić. Jednak - urwał, a jego oczy zalśniły się mocniejszym blaskiem - nie wiem czy mamy tyle czasu - końcówkę ostatniego zdania wypowiedział szybko jakby powiedziawszy pierwsze słowo żałował, że to robi. Jednak dziewczynka zapamiętała je i długo nie mogła uciszyć wydawanego przez nie echa.
- Myślę, że jesteś gotowa, a gdy okaże się, że będziesz musiała opuścić dom to mam nadzieję, że to zrozumiesz. Nie zadawaj pytań, przepraszam, ale w normalnej sytuacji wytłumaczyłbym Ci to dokładnie. Jednak teraz proszę, musisz mi zaufać.
    Dziewczynka powoli pokiwała głową, a w jej oczach nie odbijała się już ciekawość lecz gorycz i strach. Jednak Namid ufała swojemu ojcu bezgranicznie, co prawda z natury należała do bardzo ufnych osób, ale Keme był jej światłem i prowadził ją przez dziwny i okrutny świat przygotowując na to co może ją spotkać w każdej chwili, dając jej poczucie bezpieczeństwa, przekonując o własnej sile i odwadze, którą powinna móc w każdej chwili z siebie wykrzesać. Jakże miałaby nie przejąć się jego słowami?
- Mamy niewiele czasu, więc słuchaj uważnie. W każdą bezchmurną noc widzisz na niebie tysiące gwiazd. Nie zauważasz jednak, że zmieniają swoje położenie. Czasem przyjmują układ, który zsyła na ziemię niesamowitą moc. Tą moc otrzymuje dziecko, które rodzi się tej nocy. Rozumiesz?
Namid skinęła głową. Wykorzystując chwilę gdy Keme zbierał odpowiednie słowa, odezwała się:
- Tato, myślisz że ja...
- Nie wiem - przerwał jej. Jego głos był spokojny, ale zatroskany - dlatego tu jesteśmy. Misae może sprawdzić, czy posiadasz moc. Ona sama włada magią lecz nie Misae jest jej źródłem tylko zaklęcia. Jeśli gwiazdy dały ci dar, to będziesz musiała udać się do specjalnego zakonu, w którym szkoli się inne osoby o takich umiejętnościach. Resztę dowiesz się jeśli rzeczywiście posiadasz ową moc.
Gdy skończył mówić, wyprostował się, położył dłoń na ramieniu córki i wkroczyli do ciemnego, kamiennego przejścia. Drzwi otworzyły się bez najmniejszego problemu, nie wydały z siebie także żadnego dźwięku, choć patrząc na nie można by spodziewać się serii skrzypnięć i pisków. Weszli do pomieszczenia, w którym panowała ciemność gęściejsza niż na zewnątrz. Jedynym źródłem światła była stojąca na stole, którego wielkości i kształtu przy braku oświetlenia nie dało się określić, gruba, biała świeca.
- Misae - odezwał się mężczyzna, który pomimo świetnego wzroku nie mógł dopatrzeć się zarysu żadnej postaci.
- Keme? - usłyszeli głos dobiegający z drugiego końca pomieszczenia.
- Witaj Misae - przywitał się Keme - przyprowadziłem córkę, wiesz o co proszę.
- Siadajcie przy stole - poleciła - zaraz do was przyjdę.
 Zajęli miejsca na drewnianych, niezwykle niewygodnych krzesłach. Oczy Namid odbijały w sobie jasny płomień świecy. Jednak ojciec nie mógł nie dostrzec skrywanego przez nie niepokoju. Gdy chciał powiedzieć jej coś pokrzepiającego, wróciła Misae. Położyła na stole wielką księgę i zajęła miejsce naprzeciwko nich.
- Jak Ci na imię? - spytała wpatrując się bacznie w dziewczynkę.
- Namid.
   Mogła przypatrzeć się kobiecie. Wyglądała bardzo młodo, mogła być najwyżej w wieku jej ojca. Mimo tego jej cerę skalały drobne lecz nieliczne zmarszczki. Blond włosy upięte miała w kok, a spojrzenie zielonych oczu przeszywało na wskroś jednocześnie dając dziwne poczucie bezpieczeństwa. Namid zupełnie inaczej wyobrażała sobie czarownicę. Obie patrzyły się na siebie w skupieniu. Po chwili Misae uśmiechnęła się, a dziewczynka zachwyciła się jak pięknie wyglądała, gdy jej twarz promieniała.
- Masz firiglirt ?
- Ja mam - odparł Keme wyciągając z kieszeni pierścień. Dziewczynka widziała jak błękitny kamień mieni się oprawiony w złotą koronkę.
   Misae wzięła przedmiot w smukłą dłoń i przyjrzała się mu. Następnie otworzyła księgę i zaczęła kartkować. Kurz tańczył podrywany raz po raz przez kolejne podmuchy powietrza. W końcu zaprzestała poszukiwań i położyła przed sobą pierścień. Wymówiła kilka zdań niezrozumiałym językiem, a jedyne co dziewczynka zdołała poznać było jej własne imię.
- Daj mi swoją dłoń - powiedziała czarownica i ujęła wyciągniętą w jej kierunku rękę Namid.
Później znów zaczęła wypowiadać zaklęcia. Trwało to kilka minut, a po tym czasie dziewczynka poczuła ukłucie na wierzchniej stronie dłoni. W nikłym świetle świecy zdołała zauważyć, że zarysował się na niej dziwny znak, którego nigdy przedtem nie widziała. Jednak po chwili zniknął. Misae włożyła pierścień na wskazujący palec Namid. Nastała chwila ciszy, która zapowiadała nadejście czegoś czego dziewczynka ani jej ojciec się nie spodziewali.
   Nagle poczuła panikę próbując wydostać się z walącego budynku. Gdy biegła w stronę pozłacanych wrót pałacu spadł na nią ogromny kawałek sufitu. Zawyła z bólu wykręcając ciało w nienaturalny sposób. Dostała silnych drgawek jakby dopadła ją zła siła ze swoimi sztuczkami. Keme musiał ją przytrzymać, by nie upadła na ziemię. Jednak Namid wciąż była w pałacu. Cierpiała okropne męki, ale nie wiedziała czemu czuje ból rozrywający również jej serce. Zauważyła przed sobą parę czarnych, skórzanych butów. Wiedziała do kogo należą, ale nie mogła przypomnieć sobie twarzy. Z przerażeniem zaczęła obserwować jak wszystko znika we mgle, a światło wygasa.

*

   Odemknęła powieki. W pomieszczeniu panował półmrok. Leżała na twardym łóżku, przykryta kocem, który pachniał sierścią mokrego kota. Namid wsparła się na łokciach i otworzyła szerzej oczy. W tej samej chwili poczuła, że ktoś gładzi jej włosy. Keme klęczał koło niej, na podłodze. 
- Posiadasz ogromną moc - wyszeptał - Misae zamknęła ją w pierścieniu, byś była bezpieczniejsza. Póki go nie założysz, nie możesz jej używać.
Mężczyzna podał jej niewielką skórzaną sakiewkę. W środku znajdował się pierścień. 
- Musimy już iść - zwrócił się Keme do czarownicy - już i tak zbyt długo nas nie ma. 
Misae kiwnęła głową i odparła:
- Dziecko, musisz pamiętać, że nie jesteś bezpieczna ze swoją mocą dopóki nie dotrzesz do klasztoru. Tam będą wiedzieć, co z tym począć.
Ojciec pomógł wstać Namid, która wciąż oszołomiona, stawiała jednak pewne kroki. Keme skłonił się kobiecie i opuścili pomieszczenie. 

środa, 21 sierpnia 2013

Rodział 1


  Aponi

   Szkarłat rozlał się na akwamarynowej wodzie. Kapał ze sklepienia, które powoli zakrywała gruba warstwa granatowego weluru. Tafla jeziora lekko drżała, a na horyzoncie płonęła żywym ogniem połykając gasnące słońce. Niepokój jaki budził ten krajobraz był zaraz maskowany przez radosne okrzyki dzieci chlapiących się wodą tuż przy piaszczystym brzegu.
    Zadyszka i towarzyszący temu świszczący oddech przeszkadzały Aponi w zabawie z resztą. Siedziała na plaży z utęsknieniem wpatrując się w roześmiane twarze swoich przyjaciół. Namid, Artur, Aaron i Dawid. Jeszcze Eleanor, ale dziewczynka zupełnie zapomniała o jej obecności choć siedziały stykając się ramionami. Aponi zawsze podziwiała brązowo-rude, lśniące, falujące włosy Namid. Można powiedzieć, że zazdrościła jej pięknej barwy gdyż sama prawie pozbawiona pigmentu nosiła  srebrzyste, połyskujące w słońcu włosy, które w parze z błękitnymi, prawie przezroczystymi oczami stanowiły znak rozpoznawczy ludzi zza Mglistych Skał, których nazywano wrogami Shimy - stolicy królestwa - od czasów wojny, którą toczyli przez osiem długich lat.
   Aponi trafiła do królewskiego zamku na kilka miesięcy po ostatniej bitwie. Błękitne Plemię, bo tak nazywano ich w stolicy ze względu na wyróżniające się chłodno niebieskie oczy, odrzuciło dziecko, które w ich mniemaniu nie było potomkiem dwóch członków plemienia. Kobieta, która wydała je na świat potwierdziła, że ojcem dziecka był jeden z wojowników, którzy najechali na ich wioskę. Ojciec Aponi sam wyglądem przypominał Błękitnych Ludzi, co sprawiało, że dziewczynka nieznacznie różniła się od reszty plemienia. Jednak tak subtelne różnice, jak kształt dłoni, czy ust, pozwoliły na wykluczenie jej ze społeczności i przekazanie strażnikom Shimy.
    W stolicy panowały ścisłe zasady nadawania wysokich urzędów i stanowisk. Osoby o włosach barwy blond połączonych z błękitnymi oczami nie mogły obejmować wysokich posad, czy służyć w specjalnym oddziale królewskiej gwardii. Król, który nienawidził Błękitnego Plemienia za spustoszenie, którego dokonało w trakcie jego spokojnych wówczas rządów, chciał w ten sposób upewnić się, że żaden potomek wrogiego ludu nie zajdzie na tyle wysoko, by stwarzać potencjalne zagrożenie jak choćby chęć dokonania zemsty. Wyjątkiem od srogich przepisów była obecność Aponi na dworze. Została przygarnięta przez młodszą siostrę króla, która nie mogła mieć własnego potomstwa. Choć dziewczynka mogła przebywać na dworze fakt ten był ściśle skrywany przed oczami innych, a na wyjątkowe okazje nosiła perukę, by nie razić króla i nie ośmieszyć go przed poddanymi.


 Namid

    Królestwo noszące nazwę Aquila (od kształtu jego granic przypominającego orła z rozpostartymi skrzydłami) tworzyło dziesięć krain zamieszkiwanych przez różne ludy. Namid pochodziła z Rayen - górzystych terenów poprzecinanych strumieniami rosnącymi w sporych rozmiarów rzeki. Wysokie równiny porastały wszystkie odmiany sosen. W gęstych lasach okrywających podnóża gór kryły się stworzenia, które znali wyłącznie mieszkańcy okolicznych wiosek. Na potrzebę handlarzy wędrujących z dalekiej północy na południe, do Shimy, zbudowano spory odcinek kamiennej drogi oraz dwa solidne mosty. Czas potrzebny na przejechanie tego traktu konno liczono na pięć dób. I tak droga nie pozwalała na pokonanie większej części Rayen gdyż w budowie przeszkadzał żywioł lub dzikie plemiona, które - jedne groźniejsze od drugich - nie mogły zgodzić się na przeprowadzenie traktu przez ich matczyną ziemię.
     Oczywiście, prócz dzikich (przez niektórych uważanych za barbarzyńskich, krążyła nawet pogłoska mówiąca o kanibalizmie) ludów znajdowały się tam plemiona od lat żyjące w większych osadach, a od pewnego czasu budujące również skalne miasta na zboczach gór. Jak w każdej krainie, w skalnym zamku zasiadał lord. W Rayen był nim wysoki, postawny mężczyzna o brązowawej skórze, dumnym spojrzeniu podłużnych oczu  o ciemnych tęczówkach. Chlubił się swoim garbatym, sporych rozmiarów nosem, który należał do dziedzictwa przodków, którzy jako pierwsi zasiedlili te tereny. Nazywał się wdzięcznym imieniem - Kwahu, co w języku przodków oznaczało orła. Rodzina Namid również kontynuowała tradycję związaną ze znaczeniem imion. Jej imieniu nadanemu  przez babkę nie można było zarzucić brak romantyzmu gdyż oznaczało "gwiezdną tancerkę". Jej ojciec nazywał się Keme (sekret), a matka Isi (jeleń). Namid miała także dwóch starszych braci, którzy nazywali się Nahuel (jaguar) oraz Hassun (skała).
    Namid wychowała się w rodzinie, w której pielęgnowano tradycję z taką samą pasją jak z pokolenia na pokolenie przekazywano sztukę strzelania z łuku. Isi nie polowała lecz opiekowała się domem i zajmowała się lecznictwem. Keme uczył dzieci nie tylko łucznictwa, ale i czytania oraz pisania. Była to niespotykana umiejętność wśród mieszkańców mniejszych osad Rayen. Jednak ojciec Namid posiadł ją dzięki swemu ojcu, który niegdyś służył jako doradca poprzedniego lorda w Skalnym Mieście.
     Rodzina Namid zamieszkiwała jedną z najdalej położonych od Skalnego Miasta osad. Jej granice stanowiła gęsta puszcza i choć niewysokie lecz słabo zbadane góry. Po drugiej stronie pasma znajdowała się większość osad, włącznie z miastem, w którym swą siedzibę miał Lord. Niestety pewnego dnia, na wioskę zamieszkałą przez rodzinę Namid, dnia najechało wrogie plemię z Krauk - sąsiedniej krainy zamieszkiwanej głównie przez barbarzyńskie ludy, które siały spustoszenie napadając na ludzi, grabiąc wioski, a na końcu podpalając je. Zawsze zjawiali się konno, a wraz z nimi znikało z wioski kilkoro dzieci w różnym wieku. Ludzie zaczęli uciekać porzucając wszystko, co posiadali. Namid miała wtedy cztery lata, Nahuel sześć, a Hassun dziewięć.
    Podróż przez gęsty las stwarzała wiele zagrożeń, a dotarcie na trakt handlowy tylko pozornie mogło dać poczucie większego bezpieczeństwa gdyż tam, gdzie cenne towary, tam i szajki rabusiów. Po dwóch dniach wędrówki rodzinę dostrzegł przejeżdżający kupiec i zatrzymał konia. Ostatkiem sił wsiedli na wóz pełen drogich tkanin i kruszców. Kupiec o imieniu Artur w ich towarzystwie widział swój interes. Pożywił ich, dał broń Keme, Isi i Haussunowi w postaci dwóch łuków i ostrego sztyletu, i pozwolił by zabrali się z nim w zamian za pilnowanie jego towarów. Keme był znakomitym rozmówcą obdarzonym niezwykłą inteligencją, a jego wykształcenie zaimponowało Arturowi. Podróż tak połączyła te dwie dusze, że więzy przyjaźni nie pozwoliły handlarzowi na pozostawienie rodziny bez dalszej pomocy. Artur poradził Keme, by przedstawił problem królowi, którego opisał jako poczciwego władcę lubiącego osoby o ciemnej karnacji i włosach.
    Keme dopuszczono przed oblicze króla, który wysłuchał jego historii i na znak przyjaźni Shimy i Rayen polecił służbie zaopiekowanie się jego rodziną. Keme przedstawił władcy również własną strategię walki z barbarzyńskim plemieniem. Jego plan, odważne spojrzenie i dumne rysy tak spodobały się królowi, że już kolejnego dnia podjął decyzję o mianowaniu go swoim doradcą. Spontaniczność władcy nie spodobała się jego młodszemu bratu - lordowi krainy Otori - ziem wysuniętych na wschodni kraniec królestwa zakończonych rozległym oceanem.
- Johnie, w pełni szanuję każdą twoją decyzję i wierzę, że twoje wybory są niezaprzeczalnie słuszne - zamilkł na krótką chwilę, obrócił się w stronę króla i po chwilowym zawahaniu kontynuował - jednakże jako twój brat czuję silne zobowiązanie żeby zwrócić ci uwagę gdy twoje wybory mogą wydawać się zbyt pochopne. Uniósł w górę wskazujący palec, otwarł usta jakby wpadł na świetny pomysł. Jednak po krótkiej chwili opuścił nieznacznie głowę, zmarszczył ciemne, wąskie brwi i oparł siekacze na uniesionym palcu. Zaraz opuścił ręce, wyprostował się i przybrał zatroskaną minę. Patrzał na króla z wyczekiwaniem pełnym nadziei. John westchnął, poprawił się nerwowo na tronie i przekrzywił głowę.
- Nathanie, nie zmienię swojej decyzji - odparł stanowczo.
- Ale...- próbował wtrącić brat.
- Jednak mogę zapoznać cię z Keme. Gdy go ujrzysz zaręczam, że znacznie się uspokoisz.
Król wykonał gest w kierunku jednego ze strażników, a ten opuścił salę za żelaznymi drzwiami. Po chwili milczenia John odrzekł:
- Poza tym, nie jestem niemądry żeby od razu zaufać każdemu jego słowu. Na razie chcę omówić z Kwahu strategię wojskową, którą Keme mi przedstawił. Jeśli lord zgodzi się na jej wprowadzenie, a ona się sprawdzi, to będzie pierwszy krok do zdobycia mego zaufania. 
    Gdy król skończył wypowiadać ostatnie zdanie do sali wszedł Keme. Wyprostowana postawa, muskularne ciało, dumne spojrzenie i nieznacznie uniesiony podbródek. Nathan nie należał do osób ufnych i nie zmienił swojego, ale nie mógł zaprzeczyć, że Keme wyglądał na zdecydowanego i mądrego wodza (nie ważne, że nigdy nim nie był - dla wszystkich niezainteresowanych historią Rayen każdy rdzenny mieszkaniec tych terenów nosił pióropusz, łuk i dowodził plemieniem).
W ten sposób rodzina Namid znalazła się na dworze.
   Sama dziewczynka bardzo przypominała wyglądem ojca. Największe wrażenie robiło dojrzałe i pełne dumy spojrzenie, które połączone z drobnym ciałem czterolatki budziło szacunek i podziw. Ciemnobrązowe tęczówki zamknięte w podłużnym kształcie nieznacznie skośnych oczu. Jej nos był genetyczną pamiątką po przodkach, a jego rozmiar nie dodawał dziewczęcego uroku, ale za to sporo charakteru. W dodatku gęste, falujące włosy oddziedziczone po matce pięknie obramowywały twarz stwarzając jej oblicze niepowtarzalnym i nie skłonnym do zapomnienia.


Aaron

Lew - i - wilk, wilk - i - lew, go - nią - się - po - śród - drzew. O - gień - w - le - sie, wieść - wódz - nie - sie, że - wilk - i - lew - go - nią - cię!
    Pisk i chichot rozbrzmiały z ostatnią sylabą wyliczanki. Noah siedząc na rzeźbionym drewnianym krześle obserwowała zabawę syna z przyjaciółmi. Kobieta uśmiechała się znad książki, którą czytała z niespotykaną pasją. Kochała czytać, zawsze zaszywała się wśród stron i upajała ich zapachem gdy chciała uciec od kłopotów. Książka była lekarstwem na każdy problem. Naiwność Noah pozwalała wierzyć, że wszystko uda jej się naprawić w sposób równie romantyczny i idealny jak ten, który przedstawiano w powieści. Jednak z jednym problemem nie mogła się uporać. Jedno kłamstwo prześladowało ją nawet w książkach i przyszyło na jej wymuskanej twarzy sztuczny uśmiech. Kłamstwo, które mogło nigdy nie powstać, ale prawdopodobnie inaczej potoczyłyby się losy królestwa.
    Gdy Noah miała piętnaście lat wydano ją za osiemnaście lat starszego Johna, który objął władzę i potrzebował potomka. Pokochał swoją żonę lecz długo nie mogli mieć dzieci z jej przyczyny. Król starzał się, a brak następcy spędzał mu sen z powiek. Na jednym z przyjęć Noah poznała bliżej Nathana, młodszego brata Johna, który już wówczas był lordem Otori. Osiemnastolatka silnie się zadurzyła w bracie króla, nocami nie mogła przestać o nim myśleć, na niebie, pośród gwiazd rysowała się jego twarz. Błękitne oczy patrzyły się na nią gdziekolwiek była, a na myśl o nich płonęła rumieńcem.
   Gdy John wyjechał na polowanie, a ona została w zamku nadarzyła się okazja dla zakochanych. Nathan zakradł się do komnaty i złączyli się porywczą miłością gorących serc. Niedoświadczona Noah nie nauczyła się z książek, że los może tak z niej zadrwić i wkrótce okazało się, że nosiła w sobie dziecko. Króla rozpierała duma, a wraz z nadejściem każdych kolejnych gratulacji, na szyi Noah samoistnie zaciskała się pętla. Nathan nie odzywał się do dziewczyny, co tylko bardziej ją przerażało. Nie chciała, by prawda wyszła na jaw, ale gorąco pragnęła spędzić resztę życia z prawdziwym ojcem jej dziecka.
    Kiedy urodził się Aaron od razu gorąco go pokochała jak i znienawidziła. Widziała w nim Nathana, widziała w nim ich oboje, ich miłość. Łudząc się, że to powróci nie przestawała myśleć o ukochanym, jednocześnie starając się być jak najlepszą matką. Nie pozwalała żadnej opiekunce zająć się jej dzieckiem, Noah i Aaron stali się nierozłączni. John podziwiał silną więź jaka się między nimi utworzyła jednocześnie samemu nie odnajdując dobrego kontaktu z synem. Jednak nigdy nie grzeszył spostrzegawczością, a z dwójki braci to Nathan zawsze był uważany za obdarzonego inteligencją, a John za to nieprzeciętną siłą. Więc ich sekret pozostawał bezpieczny gdy chłopiec dorastał.
- Uważaj na ostrze. Zawsze chwytaj rękojeść oburącz - przemawiał spokojnie Aaron instruując Namid, która pierwszy raz w życiu trzymała miecz. Jego skupiony głos brzmiał bardzo poważnie i dojrzale jak na ośmiolatka. Noah rozchyliła usta i uniosła wzrok nad książki w geście zdziwienia. Wraz z powiewem wschodniego wiatru nadleciały wszystkie wspomnienia. Przełknęła głośno ślinę i zniknęła w kamiennym domostwie.
    Dziewczynka przyglądała się Aaronowi, który był o rok od niej starszy, ale nieco niższy. Patrzała na jego błękitnozielone oczy i podziwiała płonące w nich ogniki, które jaśniały na jego tęczówkach. Chłopiec uniósł miecz i zwrócił jej uwagę na kukłę, w którą wycelował czubek ostrza. Wykonał kilka zręcznych ruchów, zbliżył się do kukły tak szybko i płynnie, że Namid nawet nie zauważyła jak stawiał kroki. Następnie schylił się unikając ciosu od słomianego rycerza, obrócił miecz w dłoniach i wziął spory zamach, by trafić kukłę z poprzedzającym uderzenie groźnym świstem ostrza rozcinającego powietrze. Dziewczynka oglądała jego popis z zapartym tchem. Gdy sama próbowała wykonać podobny ruch mieczem omalże się nie przewróciła.    
    Tego popołudnia Namid zaprowadziła Aarona w odpowiednie miejsce w lesie, by zrewanżować się popisem swoich umiejętności łucznictwa. Zatrzymali się na niewielkiej łące gdzie trawa i wplątane w nią fioletowe i żółte kwiaty sięgały im pasa. Wyraźnie słyszeli szum strumienia i rozmaite odgłosy, a czasem całe pieśni leśnego ptactwa ukrytego gdzieś w koronach sędziwych drzew. Ustawili kukłę i oddalili się od niej na odległość kilkudziesięciu stóp. Dziewczynka w milczeniu uniosła łuk i strzałę, napięła cięciwę i wystrzeliła. Kukła nie różniąca się niczym od tej, na której tego samego dnia trenował Aaron, została trafiona w punkt w jakim u człowieka z krwi i kości powinno znajdować się serce. Strzelanie z łuku szło chłopcu równie zręcznie jak Namid posługiwanie się mieczem.
    Po dwóch godzinach spędzonych w lesie wrócili do zamku, w którym czekała Noah. Nie był to ogromny pałac kapiący bogactwem lecz kamienna budowla z jedną pięciometrową wieżą. Była to ich skromniejszy dom, w którym mogli odpocząć od atmosfery panującej w pałacu i na królewskim dworze. Noah nie godziła się na to aby towarzyszyła im służba, czy straże. Jednak John, martwiąc się o bezpieczeństwo jej i jedynego syna, nie mógł zgodzić się na wszystko, o co prosiła, więc zamku zawsze pilnowało przynajmniej dwóch zaufanych strażników.
    Aaron uwielbiał przesiadywać w swojej komnacie i obserwować korony drzew, które zmieniały kolor o każdej porze dnia. Chłopiec zawsze siadał na kamiennym parapecie z książką, którą znajdował w zbiorach swojego nauczyciela, Marcusa, który nie tylko przekazał mu sztukę czytania i pisania, ale także nauczył jak oddzielać ziarno od plew. Dzięki niemu poznał niesamowite historie, które były ucztą dla  wnikliwego umysłu chłopca i stwarzały jedyną dla niego możliwość poznania prawdziwego świata wraz z jego wszystkimi blaskami i cieniami, przed którymi był skutecznie chroniony za ciężkimi wrotami królewskiego zamku. Tak więc chłopiec przesiadywał we wieży godzinami obserwując jak słońce kładzie się na zielonym dywanie, a kolor jaki wydobywało z drzew podobał mu się najbardziej późnym popołudniem. Gdy złociste słońce już kładło się ku zachodowi lecz jeszcze nie przybierało ognistej barwy, upajał się widokiem szumiącego lasu, który o tej porze najbardziej przypominał ten z ulubionych powieści. Wtedy jego serce goręcej tęskniło za przygodami opisywanymi w księgach, a jego oczy szkliły się z pasją i żalem gdy chłopiec przewracał stronice w poszukiwaniu ostatnio przeczytanego fragmentu. Wtedy zawieszał wzrok na najdalszym punkcie na horyzoncie i wracał do powieści, by o tej wyjątkowej porze dnia jeszcze mocniej związać się z bohaterami i ich przygodami.




poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wprowadzenie

Witam wszystkich na moim blogu. Już niedługo znajdziecie tu pierwsze posty opowiadania fantasy. Kiedyś próbowałam prowadzić podobnego bloga, ale niestety nic z tego nie wyszło. Mam nadzieję, że teraz będzie inaczej, a mój zapał nie ostygnie. Z góry przepraszam za nieskomplikowany szablon i nieciekawą stronę graficzną. Będę starała się coś w tej kwestii zmienić, ale na razie skupię moją całą uwagę na pisaniu, a może w trakcie powstawania powieści uda mi się (możliwe że z czyjąś pomocą) zmienić wygląd tego bloga na bardziej interesujący.