niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 5

    Pokój na poddaszu był znacznie większy niż mogło się to wydawać patrząc na gospodę z zewnątrz. Namid usiadła na szerokim łóżku trzymając w rękach łuk. Wygładziła go dłonią badając każdy jego szczegół wyrzeźbiony w drewnie. Z namaszczeniem i fascynacją przyglądała się orężu, które w jej rękach nie kojarzyło się z narzędziem niosącym śmierć, a raczej z dziełem sztuki.
   Miasto zasypiało. Gospoda leżała na jego granicy, a okno znajdujące się w pokoju na poddaszu wychodziło na las, w którym znikała przechodząca przez nie droga. To, co mieściło się w ramach okna było pierwszą kartą ich dalszej podróży. Tymczasem Namid nie mogła myśleć o niczym innym jak o rodzinie. Nie rozumiała do końca sensu tej wyprawy, ale ciekawa jej rozwoju, nie mogła przyznać przed sobą, że brakowało jej domu bardziej niż mogła się tego spodziewać. Otworzyła okno wpuszczając do środka chłodne, świeże powietrze. Pachniało całą gamą woni lasu. 
   Położyła się na wznak obok układając z namaszczeniem łuk. Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Złote światło oblewało nagie drewniane ściany, a wraz z nim pojawiło się przejmujące uczucie poważnej zmiany, które było dla niedoświadczonej Namid czymś zupełnie nowym. Spokojne szumienie wiatru przypominało jej o długiej drodze, która jeszcze była przed nimi. Rozmyślała o swoim przewodniku, o tym kim właściwie był i jaką tajemnice skrywał. Jednak przede wszystkim jej myśli błądziły wokoło rodzinnego domu, który zostawiła za sobą. Było za wcześnie, by tęsknić, ale zastanawianie się co teraz robi jej rodzina i kiedy znów zobaczy swoich bliskich przepełniało ją niewyrażalnym smutkiem. Wszystkie te myśli znużyły ją tak bardzo, że wkrótce usnęła.

*
   W holu zamkowym panowało poruszenie. Służba uwijała się od wschodu słońca przygotowując pałac na przyjazd brata króla, który miał się zjawić około południa. Nathan miał przyjechać z powodu wiadomego jedynie sobie, ale wszyscy przeczuwali, że niezapowiedziana wizyta niosła za sobą coś, co miało stać się także zmartwieniem króla.
   Od długiego czasu nie urządzano przyjęć, a radosna atmosfera miała, zdaniem władcy, odciągnąć mieszkańców od prawdopodobnych domysłów na temat zagrożenia. John najwyraźniej nie posłuchał rady Keme i nie zamierzał ograniczyć wydatków przeznaczonych wyłącznie na utrzymywanie legendy wspaniałej Shimy. Pałac zmienił się nie do poznania w przeciągu kilku godzin. W sali głównej z sufitu zwisały purpurowe tkaniny, na stołach okrytych tkanymi lśniącymi obrusami leżały bogato zdobione srebrne naczynia, a na nich - oczywiście - najznakomitsze potrawy godne najobfitszej królewskiej uczty. Zaproszono wielu lordów, a także inne wysoko urodzone osoby, ale z powodu braku czasu - król otrzymał list na niedługo przed przybyciem Nathana - nie wszyscy mogli się zjawić. Nie budziło to jednak niepokoju władcy, ponieważ tłumaczył sobie ich nieobecność oczywistym brakiem możliwości dotarcia w tak krótkim czasie.
   Gdy Słońce jaśniało w najwyższym punkcie na niebie, pod pałac nadjechał powóz Lorda Otori. Nathan wyglądał na zmęczonego, ale uśmiechał się na widok brata, który wyszedł mu na przeciw.
- Dobrze znów cię zobaczyć - odparł John obejmując Nathana.
- Ciebie również.
Wymienili krótkie spojrzenia, które mówiły więcej niż udawany, radosny ton ich głosów. Następnie władca przywitał się z resztą przybyłych lordów, a także ich rodzinami i pozostałą arystokracją. Potem straż, przybyli goście oraz dwór, z królem i jego bratem na czele, przeszli do pałacu. Droga prowadziła przez kamienne schody  skąpane w południowym słońcu. Gdy weszli do środka powitała ich służba a także muzyka grana specjalnie na takie okazje. Gdy już zajęto miejsca przy ogromnym stole, król wstał i skupił na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych. Potem wygłosił wcześniej przygotowaną mowę.
- Moi mili! Dziękuję wszystkim za przybycie, cenię waszą obecność tym bardziej ze względu na to jak niewiele czasu wam dałem na podjęcie decyzji i jak niewiele zostało go wam na odbycie podróży, która w normalnych okolicznościach czasem zajmuje kilka dni. Niestety nie wszystkim udało się dotrzeć, ale w tym wypadku ze względu na ograniczony czas i długą podróż rozumiem ich nieobecność.
John umilkł na krótką chwilę sam znów starając się siebie przekonać o słuszności swoich słów. Niepokój, który nosił w swoim sercu od rozmowy z Keme został wzmożony przez brak kilku ważnych osób, tym bardziej, że od dawna nie miał okazji bezpośrednio porozmawiać z nimi o sprawach dotyczących krain, w których sprawowali rządy.
- Zebraliśmy się z powodu przybycia mojego brata Nathana, którego wizyta sprawia, że po długim czasie rodzina królewska znów zebrała się w komplecie. Oczywiście przyjazd Lorda Otori nie jest jedynym powodem dla waszej fatygi. Chcę w trakcie waszego pobytu omówić z wami wszelkie kwestie jakie dotyczą waszych krain i jakie chcecie ze mną przedyskutować, by wspólnie znaleźć rozwiązanie.
Dało się słychać cichy szmer szeptu który przebiegł przez salę. Niektórzy unieśli nieznacznie brwi, a inni pokiwali głową z aprobatą.
- Teraz jednak uczcijmy przyjazd mojego brata i jego wspaniałej małżonki - zakończywszy jako pierwszy uniósł kielich i upił trochę wina, a w ślad za nim wszyscy zgromadzeni.
   Na uczcie obecnych było sześciu z dziewięciu lordów. Nie zjawił się Lord Waturidi, który jednak uprzednio powiadomił króla o niemożności przybycia, podobnie jak Lord Ametisdaru, który mimo ogromnych chęci nie zdołałby dotrzeć na czas. Jednak niepokojąca była nieobecność lorda Krauk, ze względu na stosunki pomiędzy nim a władcą, którejuż i tak były na granicy dyplomatycznych.
- Wiesz, że nie musiałeś organizować uczty specjalnie dla mnie - zaśmiał się Nathan.
- Zawsze wolałeś chować się w cieniu i nie pokazywać ludziom - odparł John - ja tymczasem sądzę, że musimy pokazywać, że nam na nich zależy i sprawić, by poczuli się docenieni.
- Mówię tylko, że mogłeś znaleźć ku temu inną okazję - widząc, że brat pragnie uciec od tego tematu, dodał - może wtedy wszyscy by przybyli.
Król odchrząknął i odwrócił wzrok od brata. Potem zamienił kilka słów z Noah, która siedziała koło niego.
- Będziemy musieli porozmawiać -  po chwili powiedział zagadkowo do Nathana
- Masz powody do poważnych zmartwień?
- Nie teraz, nie przy wszystkich.
  Uczta przebiegała bez większych incydentów. Większość osób była w dobrym nastroju lub przynajmniej starała się maskować skrywaną niechęć. Siostra króla oraz Lorda Otori, Meredith, błyszczała w towarzystwie. Była osobą najbardziej skorą do rozmów i trudno było odmówić jej uroku. John z ulgą patrzył jak z umiejętnością, której sam nie posiadał, rozładowywała napięcie pomiędzy niektórymi gośćmi.
Koło Nathana zasiadła jego żona - Lea -  śniadoskóra piękność o ciemnych błyszczących oczach i smukłej sylwetce.
- Noah - odezwała się po chwili Lea - masz przepiękną suknię.
Kobieta siedząca koło króla uśmiechnęła się dziękując za komplement. Chociaż nie miała ochoty ciągnąć rozmowy, Lea nie odpuszczała.
- Jak tam Aaron?
- Bardzo dobrze, ale tęsknił za wujem - odparła spoglądając na Nathana.
- Ale chyba ma się z kim bawić?
- Tak, ale czekał aż Nathan będzie z nim ćwiczył. Zawsze siedzi z nosem w książce, ale uwielbia z nim trenować walkę mieczem.
Lea pokiwała głową z zamyśleniem.
- Też będziemy mieli dziecko - powiedziała po chwili i uśmiechając się położyła dłoń na ramieniu Nathana.
Mężczyzna zmarszczył brwi, rzucił karcące spojrzenie w stronę żony, a następnie zwrócił się w stronę króla, który usłyszawszy nowinę przerwał rozmowę z Lordem Rayen i patrzał wyczekująco na brata.
- Lea dowiedziała się tydzień temu.
- To wspaniale! - wykrzyknął John - pamiętam jak długo czekaliście na potomka. Gratuluje - przerwał i ponownie wzniósł toast - za kolejnego potomka z rodu!
   Odpowiedział mu entuzjazm gości, którzy zaczęli składać gratulacje parze lordowskiej. Noah siedziała patrząc raz to na Leę,  raz na Nathana. Uśmiechała się, ale w głębi walczyła z sobą żeby rana w jej sercu ponownie się nie otworzyła.
   Uczta trwała jeszcze kilka godzin, aż zapadł zupełny zmrok. Gdy goście zostali odprowadzeni do swoich komnat, Nathan i John przeszli do sąsiedniej sali, która była znacznie mniejsza od tej, w której ucztowali. W środku znajdował się okrągły drewniany stół, a dookoła niego stało kilka krzeseł. W środku znajdowało się jeszcze biurko, na którym porozrzucane leżały różne mapy i pergaminy.
- To niesamowita wiadomość - zaczął John - ogromnie się cieszę, że będę wujem
- Miałem ci powiedzieć, ale Lea nie mogła się powstrzymać.
   Stanęli koło wysokiego okna wychodzącego na ogród. Na zewnątrz było zupełnie ciemno, więc John zapalił stojące na oknie i stole świece. Pokój wypełnił się przyjemnym i ciepłym światłem, które rzucane na leżące dookoła i wiszące na ścianach mapy, a także podobizny przodków przepełniało pomieszczenie aurą tajemniczości.
- Obawiam się, że mam dla ciebie złe wieści - odparł po chwili milczenia Nathan - od kilku miesięcy moi informatorzy przynoszą mi niepokojące pogłoski z Krauk, a także Waturidi. Słyszałem również, że w Księżycowej Przystani nie mówi się pochlebnie o władcy Shimy.
- Nazywają mnie władcą Shimy? Dlaczego nie Aquili?
- Słuszna uwaga. To chyba wskazuje na to, że inni lordowie nie otrzymują od ciebie zbyt wiele uwagi...
   Keme ostrzegał króla, a ten nie mógł teraz odmówić mu racji. Po wysłuchaniu wszystkich niepokojących wieści jakie Nathanowi udało się zebrać, John ze smutkiem pokiwał głową. Był świadom nadchodzących zmian i ku własnemu zaskoczeniu był na nie gotów. Martwił się jednak czy nie jest już na nie za późno...
*
Aaron spał w swojej komnacie. Nie doczekał się spotkania z wujem, który od rana był zbyt zajęty, by się z nim zobaczyć. Nathan stanął w drzwiach jego sypialni i obserwował śpiącego chłopca znajdując w tej chwili wytchnienie od problemów. Widział w nim całego siebie. Te same kruczoczarne włosy i te same rysy twarzy. Wyrastał na tak samo wysokiego i szczupłego jak on. W chwili zamyślenia do mężczyzny podeszła Noah.
- Gratuluje - wyszeptała.
Nathan nic nie odpowiedział, popatrzył na nią tylko swoimi błękitnymi, smutnymi oczami. 
- Czy Aaron się kiedyś dowie? - zapytała - wiem, że niebezpiecznie o tym mówić, ale po prostu czasem zastanawiam się, czy kiedyś zacznie się zastanawiać i czy nie przyjdzie mu do głowy odkryć prawdę.
- Nawet nie próbuj snuć takich domysłów - odrzekł chłodno, ale spokojnie.
Noah cicho westchnęła. 
- Czasem ciężko mi się na niego patrzy, gdy widzę w nim całego ciebie. Czasem się nawet martwię ... - ściszyła nieznacznie głos - bo zastanawiam się ile jest w nim ciebie. Zastanawiam się na ile ciebie znam i odkrywam jak mało w porównaniu do Johna o tobie wiem. I to mnie niepokoi. 
   Ostatnie zdanie wypowiedziała prawie bezgłośnym szeptem. Nathan nie spojrzał się na nią, ale po dłuższej chwili milczenia odwrócił się i oddalił się od pomieszczenia. Noah została sama. Usiadła na brzegu łóżka Aarona i pogładziła jego głowę. Pomimo uśmiechu wywołanego widokiem syna, jej twarz pełna była matczynej troski.




sobota, 12 października 2013

Rozdział 4

- Dlaczego nie powiedziałeś mi o wizycie Namid u czarownicy?
John siedział w ogromnym tronie. Na sali panował półmrok gdyż większość okien była zasłonięta grubymi kotarami. Przy drzwiach stał jeden strażnik, lecz król dał mu znak, by wyszedł. 
- Wiem jakie jest prawo - odparł zdecydowanym, jednak trochę zmartwionym głosem, Keme.
- Dlaczego więc go nie posłuchałes?
Milczał.
- Odpowiedz!
- Obawiam się że mogłoby ci się to nie spodobać.
- Co przede mną ukrywasz?
Keme znów zwlekał z odpowiedzią.
- Nie rozumiesz o czym świadczy twoje zachowanie? Obawiam się, ze nie będę mógł ci więcej zaufać. Jaki władca slucha doradcy, który nie mówi mu całej prawdy? - wzburzenie króla wzrastało gdy widział smutny spokój i opanowanie na twarzy Keme.
- Dobrze. Więc wysłałem Namid do czarownicy, by ta stwierdziła czy posiada Moc. Złamałem prawo, ponieważ obawiam się że jesteśmy w złej sytuacji politycznej. Obawiam się najgorszego.
Widząc jak król marszczy się, Keme dodał niepewnie:
- Obawiam się... wojny..
-Jak śmiesz! Wyczuwasz wojnę i nic o tym mi nie donosisz? Chcesz milczeć?! - król wzburzył się, zmarszczki na jego czole pogłębiły się, a głos stał się donośniejszy, brzmiał jak seria grzmotów na niespokojnym, granatowym niebie.
   W tym momencie potężna kotara wzniosła się ku sufitowi w porywie silnego wiatru. Zalała ich fala światła, które nadało blasku, znękanym ciążącym na nich brzemieniem, twarzom. Oczy zajaśniały lecz tylko przez chwilę, by oderwać myśli od drugiej osoby, od słów których oboje się obawiali, a skupić się na widoku jaki przed nimi się objawił. Oto świeciła Shima - stolica o złotym blasku, jaśniejąca niczym gwiazda Królestwa.  Najpiękniejsza o tej porze dnia - popołudniem.
   Zasłony powoli opadły, a wiatr ucichł. Widok zniknął za ciemnym materiałem, a król tknięty wizją jego miasta, wstał z tronu i podszedł do okna wychodzącego na Shimę. Jakby zły na wiatr, siły natury, trwający w bojaźni, że pokazują mu to z ironią, nękając starca widokiem tego, co ma stracić. Chwycił kotarę i odsunął ją zamaszystym ruchem. Spojrzał na miasto surowym wzrokiem. Po chwili jednak wyraz jego twarzy przedstawiał troskę, a król patrzał się na stolicę ujawniając matczyny instynkt, który kazał mu przeczuwać, że nad miastem wisi niebezpieczeństwo. Choć odrzucał słowa Keme, nie chcąc im wierzyć, w swoim, czułym na losy jego Królestwa, sercu wiedział, że mają nadejść trudne czasy.
  Spuścił wzrok, uniósł swoje dłonie, by się im przyjrzeć. Nie należały już do młodego, zdrowego i walecznego Johna. Płynąca w nich krew była jednak tą samą krwią, która również przed laty płynęła w żyłach tego mężczyzny, gdy brał na swoją głowę złotą koronę. Ubierał ją z wielką powagą, świadom podniosłości tej chwili. Myślał wtedy jednak o chwale tej chwili, jakby jej nastrój miał mu towarzyszyć przez całość jego panowania. Ważny jest to moment dla każdego króla. Jednak mało który wkładając na głowę symbol władzy ma w pamięci koronę również jako symbol ogromnego brzemienia jakie na siebie bierze. Brzemienia odpowiedzialności, która niejednokrotnie wiąże się z cierpieniem. John przekonał się o nim wiele razy w ciągu swoich rządów. Jednak wiedział, że niewielu jego poprzedników panowało tak długo, a ci, którym się to udało, kończyli swój żywot z ręki wroga. 
Zasłonił kotary, odwrócił się i spojrzał na Keme nieobecnym wzrokiem. Za jego zamglonymi tęczówkami wciąż jeszcze widział ubiegłe dni swoich rządów. 
- Panie.
Wzdrygnął się i zamrugał szybko. Wbił wzrok w swojego doradcę. 
- Jeśli pozwolisz, wytłumaczę dlaczego sądzę, że...
- ....lepiej wytłumacz naprzód siebie. Dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałeś? 
Mężczyzna zastanowił się. Nie mógł odpowiedzieć władcy, że ten nie słuchał jego, kiedy wcześniej mówił mu o możliwym niebezpieczeństwie.
- Widocznie mówiłem o tym w inny sposób. 
Władca zmarszczył brwi, a widząc to Keme szybko dodał:
- Chodzi o to, że oboje jesteśmy świadomi jaka sytuacja panuje w Królestwie. Nie wszystkie moje rady spotkały się z akceptacją Waszej Wysokości...
- ...mów do mnie normalnie, Keme - wtrącił król z poirytowaniem - i jaśniej. Jestem świadom, że to nie są najlepsze czasy dla mieszkańców Aquili, ale robię, co w mojej mocy, by to naprawić. Twoje rady oznaczałyby pozbycie się sporej sumy ze skarbca Shimy. Rozumiesz, co by nastąpiło gdybym mniej przeznaczał na to miasto, a więcej dla innych krain? Z moją słabą i tak już armią, z której zabrałem środki, własnie w celu wspomożenia pozostałej części królestwa, nie uchroniłbym się przed buntem. Nie sądzisz, że lepiej mieć porządek i wiernych, zadowolonych poddanych w swoim najbliższym otoczeniu ... 
- ... nie, jeśli chce się rządzić Królestwem, a nie tylko jedną krainą. 
- Keme... - odparł władca kręcąc głową - masz być moim doradcą, ale bądź świadom, że to ja rządzę Aquilą, moi poddani byli mi posłuszni jeszcze zanim tu przybyłeś. 
- Wiesz jednak, że ludzie buntują się lordom, a ci tylko z obawy przed tobą jeszcze są posłuszni. 
- Lordowie nie mają wystarczającej armii!
- Może w jednej krainie nie, ale pomyśl o wojsku zebranym z całego Królestwa.
John usiadł na kamiennych schodach pnących się do tronu. Wsparł ciężką głowę na swojej dłoni. W jego oczach malował się strach. 
- Co powinniśmy zrobić? - zapytał łamiącym się głosem. Nie był już w stanie stać, brzmiał słabo.
- Uważam, że musimy wysłać poselstwo do lordów, powinieneś zapewnić ich, że otrzymają środki, by polepszyć sytuację swoich poddanych. I obawiam się, ale nieuniknione będzie uszczuplenie skarbca Shimy.
   Keme spojrzał się z troską na swojego władcę i przyjaciela. Usiadł dwa stopnie niżej, zwracając się w jego stronę. 
- Wyprowadzimy Aquilę z tego. Królu, pozwól mi powiedzieć, że gdy nieurodzaj dotknął Królestwo słuszne będzie obniżenie podatków, a nawet dodatkowa pomoc jego mieszkańcom. 
John milczał. Zawisły nad nimi ciemne chmury, ale na horyzoncie zbierała się potężna burza. 
- Wiesz dlaczego nie chciałem żeby Namid poznała teraz swoją Moc?
- Bo to wbrew prawu.
- Nie. To tylko zasada, by utrzymać porządek jak wiele innych zasad, które pojedyncze nie mają znaczenia, ale razem tworzą prawo i zachowują dyscyplinę wśród poddanych. To nie stanowi problemu - zawiesił głos - tyle, że chciałem, by Aaron poślubił twoją córkę.
   Spojrzał się na Keme wzrokiem, który zdziwił mężczyznę bardziej niż to, co powiedział. Patrzał się na niego oczami dziecka, które patrzy na rodzica z nadzieją, że uniknie kary. Ze smutkiem, przejęciem i niepokojem. Keme pokiwał powoli głową. 
- Ufam Ci bardziej niż komukolwiek innemu z tego pałacu. Bardziej niż Noah, obawiam się. Uważam, że ty i twoja rodzina jesteście uczciwymi i dobrymi ludźmi, a Namid, w dodatku, świetnie dogaduje się z Aaronem. Nie widziałeś jaki był zmartwiony, gdy dowiedział się, że wyjechała. 
- Wielki to dla mnie zaszczyt, słyszeć te słowa - odparł nieznacznie się skłaniając. 
- Jednak nie mają już wiele znaczenia skoro jej nie ma. W Zakonie spędza się wiele lat, a później rzadko wraca do rodzinnych stron. Uczniowie dowiadują się, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż spokój w domowym zaciszu, czy ustatkowanie się u boku odpowiedniego męża, czy żony i założenie rodziny. Posiadają wiedzę, a jedna z nauk mówi im, że życie to droga. Więc w tą drogę wyruszają.

 *

- Skąd się wzięły smoki? - zapytała Namid.
   Russi i Makhu kłusowały równym tempem, wchodząc na niezbyt strome wzgórze.
- Ten, którego widzieliśmy prawdopodobnie nie pochodzi z Aquili tylko zza Wielkich Gór *
- Czyli z północy?
- Tak.
   Przewodnik jechał wyprostowany, marszczył brwi wypatrując czegoś na horyzoncie. Namid wpatrywała się w umięśniony kark Russi. Skóra pokryta rudobrązową sierścią okrywała napinające się mięśnie, których zarys był jednak doskonale widoczny.
- Dokończysz swoją opowieść? - zapytała zwracając się w kierunku Przewodnika.
- Później.
   Namid cicho westchnęła odwracając głowę w kierunku, w którym zmierzali. Byli już prawie na szczycie wzgórza, zza którego wyłaniała się panorama Covinhear, którego granice mieli zaraz przekroczyć. Chociaż była to bardzo górzysta kraina, odcinek, na który wjeżdżali prowadził szeroką drogą po równym terenie. Na początku mijali domostwa, stare drewniane chaty, ale im bliżej centrum tego nędznego miasteczka się znajdowali, domy wyglądały na solidniejsze. Budowla znajdująca się koło skrzyżowania dwóch dróg była wykonana z kamienia, a napis nad wejściem głosił, że stoją przed gospodą, co też tłumaczyło takie położenie i najokazalszy wygląd. Prawdopodobnie stanowiło to główne miejsce spotkań mieszkańców miasteczka i okolicznych wiosek. Na drewnianym szyldzie, który uderzał o ścianę budynku przy silniejszym podmuchu wiatru, narysowany był groźnie wyglądający smok.
   Zsiedli z koni, które przywiązali w wyznaczonym miejscu, koło budynku.
- Zostaw łuk - rzucił przewodnik, a następnie zniknął za drzwiami gospody.
   Dziewczynka nie mogła protestować.Gdy weszła do środka, uderzyła ją nieprzyjemna woń potu i stęchlizny. Po jakimś czasie zaczęła rozpoznawać poszczególne zapachy, a w końcu nawet się do nich przyzwyczajać. Słońce zachodziło, a w środku panował półmrok. Na stołach rozstawiono po kilka grubych świec, które dawały zadziwiająco dużo światła. Rozjaśniały spuchnięte, czerwone twarze, wyglądające tak groteskowo w delikatnej jasności niewinnego światła świec. Stoły były ustawione ciasno, a na końcu pomieszczenia znajdowała się lada, za którą siedziała kobieta, pewnie właścicielka.
   Przewodnik usiadł na ławie znajdującej się na prawo od wejścia, w kącie pomieszczenia. Namid zajęła miejsce naprzeciwko niego.
- Zaczekaj chwilę - powiedział i skierował się do kobiety stojącej na drugim końcu pokoju.
   Dziewczynka nie mogła słyszeć, co mówili lecz widziała każdy grymas gospodyni. Głębokie bruzdy przecinały jej zmęczoną twarz. Długi, spiczasty nos wyglądał jakby został doczepiony dla żartu do tego dziwnego, pulchnego oblicza. Zupełnie jakby ktoś kpił sobie tworząc tak groteskową postać.
- Dziś tu zostajemy - odparł mężczyzna, gdy znów usiadł przy stole z Namid.
- Kim jest ta kobieta? - zapytała zaciekawiona dziewczynka.
- Ona? To stara właścicielka tego miejsca. Założył to jej dziad, a gdy zmarł, ona przejęła to miejsce.
- Nie... Chodzi mi o ..
   Wypowiedź Namid przerwała zagłuszająca salwa śmiechu zakończona donośnym uderzeniem żelaznego kufla w drewniany stół.
- ... chodzi mi o to czym się zajmuje. Tak jak ty, prowadzisz ludzi do Zakonu, to co ona robi?
- Pracuje tutaj.
- Codziennie?
- Każdego, marnego dnia.
- To paskudne - zkrzywiła się Namid.
- Czemu tak mówisz? Praca to praca, jakie możliwości mają ludzie w tak małym miasteczku?
- Nie chodzi mi o jej zajęcie, a raczej o to, co to z nią robi.
- Chyba nie widze tego, co ty.
- Spójrz na jej twarz i pomyśl o tym, co ona codziennie tu widzi i co słyszy.
   Przewodnik milczał. Obserwował kobietę przez pewien czas, a potem spojrzał się na Namid. 
- Zapomniałem - zwrócił się do niej po chwili z pobłażliwym uśmiechem - zapomniałem, że jesteś jeszcze bardzo młoda i postrzegasz świat inaczej niż ja. Zobaczysz, to stanie się twoją rzeczywistością.
Namid nie wiedząc dokładnie, co mężczyzna miał na myśli mówiąc ostatnie zdanie, odezwała się:
- Słyszałam dużo jak mówicie o dzieciach, ale skąd wiesz, czy to nie ty przypadkiem utraciłeś możliwość widzenia świata n a p r a w d ę?
   Przewodnik był wyraźnie zdziwiony jej odpowiedzią. Spojrzał się w stronę kobiety, jakby chciał się w czymś upewnić. Tym razem przyglądał się jej znacznie dłużej, a gdy skończył, odwrócił się do dziewczynki i skierował na nią spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
- Muszę załatwić jeszcze pewną sprawę w mieście i nie chcę zostawiać cię tu samej. Idziemy.

*

   Aaron spędził cały dzień zaszyty w ogrodzie. Właściwie miał zamiar zostać tam i przez noc, gdyby nie jego ojciec, który zjawił się jak nie król, lecz jego duch oświetlony łuną pełnego księżyca. Widok syna otoczonego książkami nie był dla niego niczym nadzwyczajnym. Jednak jeszcze nie widział Aarona, który nie może skupić się na lekturze w związku z czym złości się okropnie i zamiast czytać, kładzie się na trawie, by spojrzeć na gwiazdy i znaleźć w nich spokój.
   Mężczyzna zbliżył się do syna i usiadł koło niego na trawie. Chłopiec nie poruszył się.
- Nie chciałbyś wyjechać z matką do swojej babki w Waturidi?
   Aaron pokręcił głową.
- Dobrze, a czy mogę ci jakoś pomóc?
   Chłopiec drgnął. Wsparł się na łokciach i spojrzał na swojego ojca. Prawdziwego, dobrego i zmartwionego smutkiem swojego dziecka, ojca. Nie dostrzegł jednak w jego oczach wiarygodności, której może podświadomie szukał.
- Czy to prawda, że już jej nie spotkam?
    John milczał. Wahał się jak odpowiedzieć, by nie złamać serca Aarona. Chociaż właściwie sam do końca nie był pewny odpowiedzi.
- Rozumiem... Ojcze... kiedy zostanę królem?
   Mężczyzna nie spodziewał się, że to pytanie padnie w tej chwili. Zastanowił się i przypomniał sobie dzisiejszą rozmowę z Keme. Zadumał się nad sprawami, które były sprawami króla.
- Uważasz, że źle rządzę? - spytał, a w jego oczach rozbłysnęły iskry nadziei.
   Aaron wziął to za ucieczkę od odpowiedzi, nie dostrzegł w tym pytaniu nic z jego prawdziwej natury. Nie usłyszał rozpaczy, wołania o pomoc.
- Wiem, że jestem młody, ale mam masę planów co do królestwa. To byłoby piękne... widzę jak poddani wielbią swojego władcę, który ratuje ich i pozdrawia z zamkowego balkonu...
- Aaronie! - rzekł ostro ojciec - nie jesteś gotowy, by zostać królem. Aquila kocha swoich władców, ale każdy z nich pracuje na to latami.
   Chłopiec zdziwił się reakcją Johna, który poderwał się ze złością. Nie wiedział jednak, że serce ojca biło rytmicznie uderzając w czarną, blaszaną czarę wyjdając za każdym razem głuchy, pusty dźwięk, który męczył zmysły przywołując na myśl wizję ciemnych oczodołów złowrogiego niepokoju.
   Król stał nad synem, gdy ten powoli wstał i wyprostował się. Westchnął szukając czegoś świdrującym wzrokiem w ścianie pałacu. Potem położył dłoń na lewym ramieniu chłopca i spojrzał się na niego nieobecnymi oczami.
- Jutro przyjeżdża wuj.
   Twarz Aarona rozpromieniła się, czego John nie mógł już dostrzec. Odwrócił się w stronę zamku i odszedł. Wyglądał na znacznie starszego niż zanim się tu zjawił.
   Podążył do komnaty, w której znajdowała się Noah. Kobieta czytała siedząc w obitym w szkarłat fotelu.
- Z rana otrzymałem list od Nathana - odezwał się John - jutro ma się zjawić.
   Noah uniosła wzrok znad książki.
- W jakiej sprawie?
- Nie pisał o tym.
   Kobieta skinęła odruchowo głową. Cały czas obserwowała Johna, który siedział zgarbiony w wysokim fotelu. Jego postać wręcz promieniowała aurą zmartwienia i smutku.
- Co cię gnębi? - zatroskała się.
   Odłożywszy książkę na stolik, wstała i usiadła na stojącym koło króla fotelu. Swoją smukłą, delikatną jak papier, dłoń położyła na jego ręku. Jej chłodne palce wręcz oparzyły się dotykając jego rozgrzanej skóry.
- Nie masz przypadkiem gorączki? - zapytała nieco wystraszona.
- To tylko zmęczenie- odparł spokojnie John - wiesz ile dowiedziałem się dziś o sobie i Królestwie? Tyle prawdy o nas nie poznałem przez te wszystkie lata rządzenia nim.
- Kochany - szepnęła - powinieneś chyba odpocząć. Swoim poddanym będziesz bardziej potrzebny wypoczęty niż opadający z sił.
- Sen jest pozornym szczęściem ludzi zmartwionych oraz niedocenionym darem ludzi szczęśliwych.
   Na twarz Johna wstąpił smutny uśmiech. Zawahał się chwilę, poruszył swoją kruchą postać siedzącą w fotelu, a następnie odparł:
- Przez te wszystkie lata rządziłem raczej Shimą niż Królestwem... Mają prawo się na mnie gniewać.
- Proszę, idź lepiej spać.
   John posłusznie wstał, ciężkim krokiem skierował się do drzwi. Jednak zanim wyszedł, obrócił się i odparł:
- Dobry ojciec nie mówi o miłości do swoich dzieci faworyzując jedno z nich.
   Mężczyzna opuścił pomieszczenie pozostawiając Noah z ogromnym ciężarem myśli. Nie poszedł do komnaty, w której spali, ale wszedł do sali tronowej, w której znajdowało się wyjście na balkon. Panorama jaką można było stamtąd podziwiać obejmowała całą Shimę. Każdy jej kraniec. Nie widać było innych krain, jedynie to potężne i piękne miasto. John oparł się o marmurową poręcz. Księżyc oświetlał go jak postać z legend. Starego króla, który okazuje się być potworem, a nocą zamienia się w nieludzką postać i ucieka do pobliskiej puszczy. On nie posiadał jednak podobnej tajemnicy. Był jednak powiernikiem wielu sekretnych spraw swoich poddanych. Teraz myślał o nich patrząc na spokojne miasto. Jeśli w jakimś miejscu odbywała się teraz biesiada, czy przyjęcie, musiało być to daleko od pałacu, bo król mógł wyraźnie usłyszeć odgłos świerszczy dobiegający z pałacowego ogrodu.

______________

przepraszam, że tak długo czekaliście na tego posta. Zapewniam Was jednak, że kolejny rozdział pojawi się już wkrótce, bo mam wiele pomysłów, wszędzie znajduję inspiracje i materiały na kolejną notkę.

niedziela, 22 września 2013

Rozdział 3

- Aaron! - rozbrzmiał echem głos dziewczynki stojącej pośrodku majestatycznego holu pałacu. Rozejrzała się, chaotycznie omiotła wzrokiem każdy kąt i pobiegła przez ogromne, ciężkie wrota do ogrodu. Wypadła na kamienną ścieżkę prowadzącą aleją wysokich, kilkusetletnich drzew. Później skręciła w bardziej "dziką" część parku i znalazła się pośród młodych, lecz znacznie przerastających ją drzew. Złapała za pień jednego z nich, obkręciła się wokół jego osi i popędziła dalej, przed siebie. W cieniu wysokiej sosny ujrzała pogrążonego w lekturze chłopca. Uśmiechnęła się do siebie i w dwie sekundy stała koło niego.
Odwrócił się, odgarnął czarne kosmyki z twarzy i odłożył książkę na bok. Przywitał Namid promiennym uśmiechem. Piękna, chłopięca twarz wyglądała bardzo poważnie gdy się nie uśmiechal. W jego oczach odbijała się postać dziewczyny. Patrzeli na siebie jeszcze przez dłuższą chwilę zanim ona się odezwała:
- Co czytasz?
- Ehm - podrapał się za głową - właściwie to nic, ale - nerwowo odsunął księgę dalej od siebie. Nie kontynuował, jakby zapomniał, że urwał zdanie. Tylko spojrzał na Namid wyczekująco:
 - Po co przyszłaś?
- Wyjeżdżam - westchnęła.
Aaron zmarszczył czoło, skupił spojrzenie lśniących, szmaragdowych oczu na zatroskanej twarzy Namid.
- Jak to? - wydusił z siebie w końcu i potrząsnął głową jakby jego zaprzeczenie mogło zmienić to, co miało nadejść.
    Namid potarła dłonią przedramię i spuściła głowę. Męczyły ją wizje przyjaciół spędzających czas bez niej na wspólnej zabawie, co chwilę przeplatane wytworami wybujałej dziecięcej wyobraźni, w których patrzyła na budynek Zakonu i ludzi takich jak ona - obdarzonych Mocą. Poczuła silne ukłucie w okolicy prawej skroni. Ból fizyczny został natychmiast zagłuszony chwilę wcześniej wybudzonym bólem psychicznym, co skutkowało szklistymi oczyma i unikaniem kontaktu wzrokowego z Aaronem.
- Dlaczego?
    Jego głos wybudził ją z otępienia. Przez chwilę odniosła wrażenie jakby miała tysiąc lat. Czuła na sobie ogromne brzemię, wiedziała, że nie ma do tego najmniejszego powodu, ale przeczuwała, że to, co nadchodzi będzie wymagało od niej wiele poświęcenia.
Przyjaciel wiele dla niej znaczył, od zawsze czuła z nim silniejszą więź niż z innymi. Porywał ją w nieznany świat, każda zabawa była podróżą w nieodkryte zakątki wyobraźni.
- Żeby się uczyć - powiedziała cicho.
Aaron zawahał się, nie rozumiał o czym mówiła, lecz Namid uprzedziła jego następne pytanie:
- Mam Moc - szepnęła.
Nastała chwila ciszy.
- Możliwe - dodała i zastanowiła się chwilę - możliwe, że ty też ją masz. Dowiesz się w przyszłe urodziny.
- Moc? - zdziwił się unosząc kąciki ust. Jednak nie uśmiechnął się radośnie lecz wyrażając ogromną, typową dla dziecka ciekawość. 
- Taką jak magowie?
- Nie jestem pewna... - wbiła czubek buta w grząską ziemię. Keme przestrzegał ją przed zdradzaniem zbyt wielu szczegółów. Mówił, że dla ich bezpieczeństwa powinna na razie zachować w tajemnicy dlaczego i gdzie się udaje.
- To trochę dziwne i nie mogę ci wiele powiedzieć... - urwała widząc wyraz twarzy, który dobrze znała - Aaron, nie obrażaj się na mnie... proszę.
- Zostawiasz mnie, nie wiem po co i czy jeszcze kiedyś cię zobaczę, a w dodatku zaciekawiasz mnie, a potem nie możesz mi niczego powiedzieć.
Chłopiec obrócił się na pięcie, rzucając pełne urazy spojrzenie w stronę zmartwionej Namid. Chwycił książkę i przeszedł kilka kroków.
 Zatrzymał się.
Namid wbiła wzrok w jego ciemną szatę okrywającą plecy. Nie wiedziała, że chłopiec poczerwieniał, a jego oczy wypełniły się łzami. Jedynym dźwiękiem jaki wypełniał jego świat w tej chwili było zagłuszające bicie serca. Bardzo pragnął się odwrócić, ale w takich momentach trudno jest przełknąć własną dumę. Był gotowy wybuchnąć płaczem, jednak powstrzymał się i wkrótce usłyszał odgłos oddalających się kroków.

*

    Russi galopowała przez grzbiet wznoszącego się ponad Shimę wzgórza. Ze stolicy nie można było ujrzeć równie pięknego widoku jak ten, który teraz objawił się Namid. Miasto rozciągało się przed nią i połyskiwało w barwach zachodzącego słońca, gdyż kamienne drogi nie zdąrzyły jeszcze wyschnąć po porannym deszczu. Pałac jaśniał w centrum sieci domów i dróg niczym gwiazda, własne słońce Królestwa. Namid westchnęła upojona tym widokiem i tknięta uczuciem, że traci coś nieodwracalnie. Dziewczynka przypomniała sobie podobny obraz z jednej z ukochanych książek Aarona, którą niedawno jej pokazał. Historia opisana w tamtej powieści swoim nastrojem bardzo pasowała jej do chwili obecnej. Tak więc Namid splotła silnymi więzami w swoim wrażliwym na piękno sercu tamten bajkowy świat z bierzącym czasem i miejscem. Dlatego ten moment trwał dla niej w nieskończoność. Opowieść nie miała jasnego zakończenia, więc Namid przeczuwała, że właśnie w tym celu znalazła się wewenątrz powieści - żeby odmienić dalsze losy świata, który odmiennie od większości bajek, ostatecznie okrył się mrokiem i smutkiem.

Po raz ostatni patrzyła na Shimę w tej postaci. Kiedy to miasto jeszcze było dla niej domem...


*

    Dzień, który zaczął się wyjątkowo dobrze nie był już dla Aarona dłużej szczęśliwy, odkąd rozstał się z Namid. Co prawda, pierwszy raz od kilku dni twarz ojca nie była tak posępna, a matki tak zatroskana. Tego dnia również wykonał w jego mniemaniu ogromny krok, gdyż sięgnął po pióro i papier, by zacząć pisać własną opowieść. Szło mu świetnie, był bardzo oczytany, co niewątpliwe pomogło mu i sprawiło, że słownictwo, a także budowa zdań przez niego użyta, brzmiały bardzo dojrzale, inaczej niż twórczość jego rówieśników. W dodatku jego wyobraźnia podsuwała mu tysiące pomysłów, a piękne porównania same do niego przychodziły.
    Jednak po tym jak Namid odeszła, Aaron przez kilka godzin siedział zamknięty w swoim pokoju, obserwując miasto przez okno. Dopiero gdy zaszło słońce usiadł i znów zaczął pisać. Tym razem jednak diametralnie zmienił nastrój powieści, radość przeistoczyła się w smutek, podziw w obrzydzenie, a wszyscy jego bohaterowie okazali się być szpetnymi zdrajcami. Najgorsza pośród nich była pewna dziewczyna, która wyłącznie udawała przyjaciółkę, by móc zbliżyć się do króla, a następnie zabić go podstępem.
    Gdy miał nadejść finał tego opowiadania, drzwi powoli uchyliły się, a do środka weszła Noah. Ujrzała syna piszącego w zupełnych ciemnościach i zaczęła zapalać wszystkie świece znajdujące się w pokoju. Porozstawiane po stołkach, kamiennym parapecie, stole, przy którym Aaron pisał. Zanim się odezwała pokój już nie był ciemną, surową komnatą, ale przyjemnym, ciepłym i, na ile pozwalało na to słabe światło świec, jasnym miejscem.
- Co piszesz?
Aaron nie odpowiedział. Zamknął księgę i odwrócił się w stronę matki. Nie próbował zamaskować smutku sztucznym uśmiechem. Noah zmarszczyła czoło i zbliżyła się do chłopca, kładąc dłoń na jego ramieniu. Aaron westchnął. Miotał się ze sobą, czy powiedzieć matce o tym, co dziś go spotkało. Tymczasem ona usiadła obok na dużym krześle obitym miękkim, lśniącym materiałem w szkarłatnym kolorze.
- Wiesz, że Namid wyjechała? - zapytał, nie patrząc się w jej stronę.
- Co ty mówisz - odparła natychmiast - przecież dziś ją widziałam - w jej głosie słychać było niepokój.
- Tak, bo przyszła się ze mną pożegnać - zagryzł wargę i spuścił głowę. Włosy zasłoniły jego twarz tak, że matka nie mogła dostrzec jej wyrazu.
- Synku - powiedziała odgarniając ciemne kosmyki z jego twarzy i zakładając je za ucho. Zanim zdołała coś dodać Aaron odparł:
- Mówiła coś o magii, ale nie chciała powiedzieć dokąd wyjeżdża - jego smutek  czasami odsłaniał tłumiony gniew wynikający z niezrozumienia i żalu.
- Jestem pewna, że niedługo wróci i wkrótce się zobaczycie - odparła wstając i prostując się.
   Skierowała się w stronę drzwi. Gdy wychodziła rzuciła spojrzenie na zgarbioną postawę chłopca siedzącego przy biurku. Westchnęła i opuściła pokój.

* 12 godzin później w lasach Rayen *

     Niebo pokryło się ciemnymi chmurami. Kłębiły się gdzieniegdzie przybierając zwiastującą deszcz barwę ciemnego granatu. Spomiędzy nich przebijało się słońce oprawiając chmury złotymi ramami. Całość przypominała sklepienie świątyni zwisające nisko nad ziemią pod ciężarem przepychu rzeźb i zdobień. 
    Namid wpatrywała się w popołudniowe niebo oparta o wysoką sosnę. Drugi dzień drogi upływał jej na rozmyślaniach o tym, co ją czeka. Russi i Makhu skubały i mozolnie przeżuwały trawę. W tym czasie Przewodnik rozpalał ogień. Dziewczynka nie poznała jego prawdziwego imienia. Nie wiedziała czemu przyjął nazwę tego czym się zajmował. Właściwie w ogóle niewiele o nim wiedziała. Mężczyzna sam ukończył edukację w Zakonie, a wcześniej mieszkał w Ametisdarze skąd wziął się jego, odmienny od mieszkańców południa, akcent. Dziewczynce wydawało się niekiedy, że Przewodnik śpiewa. Jednak, po chwili skupienia, rozumiała jego mowę, a przez kilka godzin wspólnej drogi zdążyła się do niej przyzwyczaić. 
    Mężczyzna wyglądał bardzo młodo. Ostro zarysowana szczęka, długie, proste ciemnobrązowe włosy, orli nos i mocno zarysowane brwi - każdy element jego twarzy kontrastował z jasnobłękitnymi, niemal przezroczystymi tęczówkami. Bardzo rzadko się odzywał, a gdy już coś mówił brzmiało to bardzo zagadkowo, inaczej od wypowiedzi przeciętnego mieszkańca Aquili. 
- Myślisz, że będzie padać? - zapytała Namid. 
Mężczyzna wstał, wyprostował się i zadarł głowę mierząc niebo badawczym wzrokiem. Dziewczynce wydawało się, że na ułamek sekundy na jego twarzy pojawił się uśmiech. Nie mogła być jednak tego pewna. 
- Chmury dźwigają deszcz. Jeśli chcesz zobaczyć słońce musisz to zaakceptować.
- Kocham kiedy pada - odparła uśmiechając się. 
- Pójdziemy wgłąb lasu i zbudujemy szałas - powiedział puszczając mimo uszu jej słowa.
 - Ale póki co posilmy się i ogrzejmy -dodał siadając koło ognia.
    Namid usiadła blisko Przewodnika. Potrzebowała z kimś porozmawiać, bo sama nie mogła uporać się z myślami wirującymi w jej głowie. 
- Czym właściwie jest Moc? - zapytała odwracając głowę w jego stronę i patrząc wyczekująco. 
Mężczyzna również zwrócił się w jej kierunku. 
- Myślę, że jeszcze nie wolno mi Ci o tym mówić.
- Kto ci zabrania? 
Przewodnik pierwszy raz patrzał na nią przez tak długi czas. Dziewczynka mogła bezkarnie przyjrzeć się fascynującym rysom jego twarzy. Właściwie zdawało się, że badali się nawzajem. Jak żyzna ziemia rodzinnego Rayen, ciemne oczy Namid wpatrywały się w przepiękne lecz przypominające przepuszczającą światło, cienką bibułę oczy mężczyzny. Płomień ogniska odbijał się w zwierciadłach ich dusz nadając im tajemniczego i intrygującego wyrazu. Przez tę trwającą wieczność chwilę odnaleźli siebie, przez ten czas czytali sobie w myślach poznając część ich samych zamkniętą w drugiej osobie. Im dłużej przyglądała się mężczyźnie tym wyraźniej dostrzegała jej rówieśnika, wrażliwego chłopca uwięzionego w dorosłym ciele, skrytego pod precyzyjnie wykonaną maską. Nie znała jego prawdziwego imienia, ale znała nazwę jego roli. On za to z tęsknotą wpatrywał się w Namid, która prócz siebie nie była nikim innym. Jego usta zadrżały jakby miał wybuchnąć płaczem. Zamiast tego odezwał się:
- Kiedyś miałem imię. Szlachetne, bardzo piękne imię ojca mojej matki. 
Mężczyzna zamilkł. Zmarszczył brwi i przechylił głowę nasłuchując. 
- Co się z nim stało? - zapytała dziewczynka. 
Zamilkła gdy ujrzała, że Przewodnik przykłada wskazujący palec do ust dając znak, by ucichła. 
Po chwili jego twarz przybrała normalny wyraz lecz nie powrócił już do opowieści, którą przerwał. Wstał i przyjrzał się niebu. 
- Dziwne... Nie słyszałem czegoś podobnego...
- Co takiego? Ja nic nie słyszę - zdziwiła się Namid unosząc brwi. 
- Nic. Wydawało mi się - odparł - upiekłem mięso, które dał nam twój ojciec. 
Przewodnik wręczył jej kawałek dziczyzny ułożony na sporej wielkości liściu. Na widok jedzenia dziewczynka przypomniała sobie jaka była głodna. Zdawało jej się, że w jej żołądku ukrywał się złapany w pułapkę dziki kot. Rzucał się na wszystkie strony i wydawał z siebie groźne odgłosy. 
- Powinniśmy zabrać się za zrobienie szałasu - odezwał się Przewodnik, gdy skończyli jeść. 
- A dokończysz kiedyś opowiadać swoją historię? 
- Jeśli będziesz cierpliwa - spojrzał się na nią, a na jego twarzy pojawił się piękny uśmiech. 
Namid również uniosła kąciki ust z nieskrywaną radością podziwiając piękno jego twarzy, gdy nie była taka poważna.
    Wtem usłyszeli głośny krzyk, który zdawał się rozbrzmiewać echem ponad koronami najwyższych drzew. Dziewczynka pierwszy raz miała do czynienia z czymś podobnym. Po chwili zrozumiała, że tak naprawdę nie był to krzyk lecz piskliwy i okropnie głośny ryk zwierzęcia. 
- Smok - wyszeptał Przewodnik.
Wyglądał na równie zdziwionego, co Namid. Dopiero po chwili podbiegł do dziewczynki, chwycił ją za przegub i pociągnął wgłąb lasu. W krótkiej chwili siedzieli ukryci w gęstej kępie krzewów i niskich drzew. 
- Co z Russi i Makhu? - zapytała Namid nie otrzymując jednak odpowiedzi. 
    Dziewczynka przyjrzała się bestii, która szybowała teraz wysoko, ponad polaną, nieustannie zniżając swój lot. Wyposażona była w ogromne, ciemnoszare skrzydła przypominające nietoperza. Co jakiś czas wyciągała przed siebie głowę jakby chciała coś pchnąć i wtedy wydobywała z siebie ogłuszający ryk. Uderzenia potężnych skrzydeł wprawiały powietrze w ruch, a średniej grubości gałęzie uginały się pod jego mocą. W Namid Smok budził fascynację i przerażenie. Pierwszy raz widziała to stworzenie na własne oczy. Uczyła się o nim w szkole, ale zawsze mówiono jej, że w historii Królestwa ostatni raz zapisały swoją kartę setki lat temu. Słyszała również, że pojedynczy hodowce z Otori posiadali smoki lecz były to niegroźnie istoty, pozbawione instynktu mordercy.
   Smok odleciał. Namid jeszcze przez dłuższy czas odtwarzała w pamięci jego obraz, któremu akompaniował odgłos skrzydeł rozcinających powietrze i ogłuszający ryk.


____________________________________

Bardzo przepraszam Was, że tyle czekaliście na tą notkę. Niestety pierwsza klasa liceum oznacza niewiele wolnego czasu, w szczególności na prowadzenie kilku blogów. Mam nadzieję, że spodoba wam się ten rozdział i zachęci do dalszego śledzenia losów bohaterów : )  Obiecuję, że kolejny post pojawi się do października. Planuję w nim więcej akcji i myślę, że warto na niego czekać. W między czasie zapraszam na bloga, którego współtworzę :
http://obietnica-zwrot-prestiz.blogspot.com/
oraz bloga mojej przyjaciółki, również współautorki powyższej strony (choć mam świadomość, że większość z was znalazła mojego bloga dzięki niej ;) )
http://zyciemilele.blogspot.com/

piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział 2

   Czas przez jaki Hassun nie powracał przedłużał się. Namid nerwowo uderzała opuszkami palców w kolana. Siedziała na ziemi czekając aż starszy brat powróci. Nakazał jej czekać, by nie spłoszyła zwierzęcia, a sam oddalił się podążając za ofiarą. Hassun był umiejętnym łowcą. Jego wielką zaletą była zdolność bezszelestnego skradania się. Potrafił pozostać niezauważony mimo swojej dobrze zbudowanej, postawnej sylwetki.
   Po polowaniu szli do miasta sprzedać mięso, skórę i futro. Zarobione pieniądze Hassun odkładał. Jego siostra zawsze pytała na co mu te oszczędności. Brat powtarzał, że przyszłość szykuje wiele niespodzianek.
Wracając spotkali Aarona, Aponi i Davida siedzących pod ogromną sosną, na skraju lasu. W dalszą drogę udali się wspólnie.
-Słyszeliście? Podobno ze Szkarłatnego Klasztoru w Covinhear zaginęło pięciu uczniów. Ja się tam na tym nie znam, ale mówią, że zniknęły również bardzo cenne i potężne księgi i jakieś magiczne przedmioty - powiedział David.
W oczach Namid rozbłysnęły iskry. Nareszcie coś się działo. Spokojna jesień mogła przestać straszyć swoją monotonnością i łagodnym jak zawsze przebiegiem.
- Ruszajmy ich znaleźć! - wykrzyknęła z dziecięcym entuzjazmem.
- Tym zajmie się armia - odparł Hassun nawet na nią nie patrząc. Wzrok wbił w horyzont nie poświęcając zbyt wiele uwagi otoczeniu.
- Chciałabym móc czarować - westchnęła Aponi trącając nogą leżącą przed nią gałąź - wyobraźcie sobie jak niezależnym można się stać. Ile rzeczy można zrobić nie przejmując się tym, co pomyślą inni.
Hassun milczał, ale dało się wyczuć, że karcąca uwaga omal nie wyślizga mu się z ust. Aaron również nie odzywał się, a oczy wbił w ziemię wyglądając na bardzo przygnębionego.
- W przyszłości zostanę magiem - rozmarzyła się Namid.
- Przecież jeszcze niedawno mówiłaś, że chcesz być łowcą - zdziwiła się Aponi.
- Mogę to przecież pogodzić - odparła na to dziewczyna. Uśmiechnęła się i odchyliła głowę, by móc wpatrywać się w zachmurzone niebo. Wyglądało bardzo spokojnie, do tego stopnia, że wywoływało nużącą aurę spowodowaną nie tylko rozmaitymi odcieniami szarości przykrywającymi niebo, ale i świecącymi ramami chmur, w które były oprawione.
   Gdy przeszli połowę trasy dzielącej ich od pałacu, Hassun odparł, że musi załatwić pewne sprawy w mieście i odłączył się od grupy. Przez dłuższy czas po jego odejściu szli w milczeniu. Każdy z nich wydawał się emitować odmienną aurę. David zapewne rozmyślał o niesamowitych wojnach, bitwach i morskich przygodach, o których tak wiele słyszał od ojca. Aponi z niepokojem rozmyślała o wiadomości, którą przekazał im przyjaciel. Dziewczyna zawsze przejmowała się wszystkim bardziej niż powinna, była strachliwa lecz starała się nie sprawiać tym problemów innym. Umysł Aarona musiał przypominać niebo, które wyglądało wyjątkowo przygnębiająco tego dnia, a przy tym pozostawało nieprzeniknione, podobnie jak on. Namid do pewnego momentu rozmarzona snuła plany i wyobrażała sobie siebie w ogromnych lasach Rayen z łukiem przewieszonym przez ramię. Jednak później podeszła do Aarona i krocząc koło chłopca raz po raz ukradkiem spoglądała w jego stronę.
   David i Aponi szli za tą dwójką, która zaczęła przyspieszać. Właściwie to chłopiec zaczął lecz Namid chciała dotrzymać mu kroku. W końcu nie mogła znieść głowienia się nad nieodgadnionym wyrazem jego szmaragdowych oczu i spytała:
- Aaron, co się stało?
Przez chwilę słyszała jedynie głośniejsze uderzenia butów o kamienne płyty. Jednak zaraz potem odezwał się zmęczonym głosem:
- Nic wielkiego.
- Widzę, że coś cię gnębi - zmarszczyła brwi i wpatrywała się w niego tak długo, by w końcu na nią spojrzał. Gdy wreszcie odwrócił się w jej kierunku zdziwiła się nie widząc na jego twarzy smutku lecz irytację.
- Nie chcę mówić, bo wiem, że i tak nic nie pomożesz - wyczuła w jego głosie dziwną zaciekłość niepodobną do dziesięciolatka - ale skoro musisz wiedzieć, to nie mogę jechać do wuja - odparł wbijając wzrok w czubki butów.
Namid dobrze wiedzieała, że Aarona i Nathana łączyła silna więź, której nigdy nie udało mu się nawiązać ze swoim domniemanym ojcem.
- Dlaczego?
- To tajne informacje - odrzekł nagle ściszając głos i przybierając poważną minę - podobno Lord Minheard groził, że zaatakuje Otori.
- Nie rozumiem - zmarszczyła czoło i ściągnęła brwi - przecież te krainy nawet nie leżą koło siebie. Po co miałyby prowadzić wojnę?
Aaron wzruszył ramionami i obdarzył ją spojrzeniem pary świecących, szmaragdowych oczu.
- Wydaje mi się, że słyszałem jak ojciec mówił kiedyś o kradnięciu sojuszników - odparł spoglądając na zachmurzone niebo.
   Namid długo rozmyślała, o tym co powiedział przyjaciel. Zastanawiała się o jaki sojusz chodziło, gdyż wydawało jej się, że każda z krain była do siebie pokojowo nastawiona, a sojusznik potrzebny byłby jedynie królestwu, a nie jego części. W dodatku dlaczego miałaby rozpętać się wojna, przecież Błękitne Plemię zawarło porozumienie z królem. Czy istniało prawdopodobieństwo większego konfliktu? Jeśli tak, to o jakim charakterze? Między krainami? Sprawy dyplomatyczne nie docierały do dziecięcych uszu zza zamkniętych drzwi sali w pałacu. Nawet jej ojciec zawsze milczał o tematach, które omawiał z władcą.
   Jednak Namid ostatnio zauważyła, że Keme więcej czasu spędza w pracy, a podróże w które się udaje, jako reprezentant króla i interesów Shimy, trwają nawet o kilka dni dłużej. Choć dziewczyna czuła, że sprawy w królestwie nie zmierzają we właściwym kierunku, nie wiedziała jakiego obrotu spraw może się spodziewać.

*

   Tego samego dnia, późnym popołudniem, do domu wrócił Keme. Jak zwykle przywitał się z rodziną, objął Isi, a następnie zjadł w milczeniu. I tym razem nie mogli spodziewać się żadnych opowieści. Mężczyzna jeszcze długo po wejściu do domu mrużył oczy jakby mimo później pory ciągle dokuczało mu słońce. Jednak skupione spojrzenie podłużnych, ciemnych oczu, w połączeniu z orlim nosem, budziło niepokój w uważnie przyglądającej się ojcu Namid. Dziewczynka zawsze bacznie obserwowała ludzi i zdawała się dostrzegać więcej niż inni. To ona zauważyła inne niż zazwyczaj zachowanie Miriam - mieszkającej po sąsiedzku elfki - która okazała się być pod umiejętnie rzuconym na nią urokiem.
  Tej nocy przeczuwała, że Keme chce przekazać któremuś z ich trójki coś ważnego. Może wreszcie opowie, co wydarzyło się w podróży - rozmyślała - może jest coś czego sam nie jest w stanie unieść. Istotnie, gdy Namid ogarnęło znużenie któremu, choć usilnie próbowała, nie mogła się oprzeć, do pomieszczenia wszedł jej ojciec. Nie widziała jego twarzy ani sylwetki, ale poznała ciężkie lecz ciche kroki. Odwróciła się do niego. Keme uśmiechnął się. Choć dziewczynka nie widział wyraźnie jego oblicza, wiedziała, że był to smutny uśmiech.
- Namid, ubierz się i wyjdź po cichu przed dom - odparł szeptem, a a następnie opuścił pokój.
Ubrała skórzane spodnie i błękitną, za dużą koszulę, i pobiegła do ojca. Zrobiła to jednak bezszelestnie, jak prosił. Była podekscytowana, nie potrafiła tego ukryć przed Keme.
   Szli w ciszy, otuleni ciemnością, a drogę oświetlał im księżyc. Trasa nie okazała się być długa. Dziewczynka ledwie zdążyła dostosować tempo do ogromnych kroków ojca i wpaść w rytm wysłuchując się w uderzenia butów o kamienną drogę, gdy Keme zatrzymał się przed zatopionymi w mroku drzwiami. Były wykonane ze starego, bardzo już zniszczonego drewna, które wydawało się być miażdżone przez kamienne ściany i sufit. Wejście do domu było cofnięte wgłąb kamiennego korytarza, a drzwi ledwie na jego końcu zauważalne. Wchodząc w ciemność miało się nieodparte wrażenie, że zagłębia się we wrota innego świata.
     Ojciec zatrzymał się przed budynkiem i odwrócił do Namid. Wpatrywali się w siebie przez dłuższy czas - Keme z troską i niepokojem, a Namid z ciekawością. Ich oczy błyszczały się tą samą iskrą, a dziewczynka odziedziczyła ich kształt i kolor po ojcu, więc były nie do odróżnienia.
- Kocham Cię, Namid - powiedział poważnie, ale miękkim głosem - nauczyłem Ciebie i braci posługiwać się łukiem i radzić sobie w razie gdyby miało mnie zabraknąć.
Namid otwarła usta jakby chciała zaprotestować, ale ojciec pokręcił głową i nakazał, by słuchała dalej.
- Jesteś młoda, ale myślę, że masz w sobie coś, co odróżnia Cię od innych. Nie potrafię tego sprawdzić lecz istnieje ktoś kto ma taką umiejętność - zamilkł i rzucił szybkie spojrzenie na zamknięte drzwi.
Oczy Namid podążyły w ślad za ojcem. Keme westchnął i odezwał się ponownie:
- Powinnaś przyjść tu dopiero za rok. To znaczy powinienem Cię tu wtedy przyprowadzić. Jednak - urwał, a jego oczy zalśniły się mocniejszym blaskiem - nie wiem czy mamy tyle czasu - końcówkę ostatniego zdania wypowiedział szybko jakby powiedziawszy pierwsze słowo żałował, że to robi. Jednak dziewczynka zapamiętała je i długo nie mogła uciszyć wydawanego przez nie echa.
- Myślę, że jesteś gotowa, a gdy okaże się, że będziesz musiała opuścić dom to mam nadzieję, że to zrozumiesz. Nie zadawaj pytań, przepraszam, ale w normalnej sytuacji wytłumaczyłbym Ci to dokładnie. Jednak teraz proszę, musisz mi zaufać.
    Dziewczynka powoli pokiwała głową, a w jej oczach nie odbijała się już ciekawość lecz gorycz i strach. Jednak Namid ufała swojemu ojcu bezgranicznie, co prawda z natury należała do bardzo ufnych osób, ale Keme był jej światłem i prowadził ją przez dziwny i okrutny świat przygotowując na to co może ją spotkać w każdej chwili, dając jej poczucie bezpieczeństwa, przekonując o własnej sile i odwadze, którą powinna móc w każdej chwili z siebie wykrzesać. Jakże miałaby nie przejąć się jego słowami?
- Mamy niewiele czasu, więc słuchaj uważnie. W każdą bezchmurną noc widzisz na niebie tysiące gwiazd. Nie zauważasz jednak, że zmieniają swoje położenie. Czasem przyjmują układ, który zsyła na ziemię niesamowitą moc. Tą moc otrzymuje dziecko, które rodzi się tej nocy. Rozumiesz?
Namid skinęła głową. Wykorzystując chwilę gdy Keme zbierał odpowiednie słowa, odezwała się:
- Tato, myślisz że ja...
- Nie wiem - przerwał jej. Jego głos był spokojny, ale zatroskany - dlatego tu jesteśmy. Misae może sprawdzić, czy posiadasz moc. Ona sama włada magią lecz nie Misae jest jej źródłem tylko zaklęcia. Jeśli gwiazdy dały ci dar, to będziesz musiała udać się do specjalnego zakonu, w którym szkoli się inne osoby o takich umiejętnościach. Resztę dowiesz się jeśli rzeczywiście posiadasz ową moc.
Gdy skończył mówić, wyprostował się, położył dłoń na ramieniu córki i wkroczyli do ciemnego, kamiennego przejścia. Drzwi otworzyły się bez najmniejszego problemu, nie wydały z siebie także żadnego dźwięku, choć patrząc na nie można by spodziewać się serii skrzypnięć i pisków. Weszli do pomieszczenia, w którym panowała ciemność gęściejsza niż na zewnątrz. Jedynym źródłem światła była stojąca na stole, którego wielkości i kształtu przy braku oświetlenia nie dało się określić, gruba, biała świeca.
- Misae - odezwał się mężczyzna, który pomimo świetnego wzroku nie mógł dopatrzeć się zarysu żadnej postaci.
- Keme? - usłyszeli głos dobiegający z drugiego końca pomieszczenia.
- Witaj Misae - przywitał się Keme - przyprowadziłem córkę, wiesz o co proszę.
- Siadajcie przy stole - poleciła - zaraz do was przyjdę.
 Zajęli miejsca na drewnianych, niezwykle niewygodnych krzesłach. Oczy Namid odbijały w sobie jasny płomień świecy. Jednak ojciec nie mógł nie dostrzec skrywanego przez nie niepokoju. Gdy chciał powiedzieć jej coś pokrzepiającego, wróciła Misae. Położyła na stole wielką księgę i zajęła miejsce naprzeciwko nich.
- Jak Ci na imię? - spytała wpatrując się bacznie w dziewczynkę.
- Namid.
   Mogła przypatrzeć się kobiecie. Wyglądała bardzo młodo, mogła być najwyżej w wieku jej ojca. Mimo tego jej cerę skalały drobne lecz nieliczne zmarszczki. Blond włosy upięte miała w kok, a spojrzenie zielonych oczu przeszywało na wskroś jednocześnie dając dziwne poczucie bezpieczeństwa. Namid zupełnie inaczej wyobrażała sobie czarownicę. Obie patrzyły się na siebie w skupieniu. Po chwili Misae uśmiechnęła się, a dziewczynka zachwyciła się jak pięknie wyglądała, gdy jej twarz promieniała.
- Masz firiglirt ?
- Ja mam - odparł Keme wyciągając z kieszeni pierścień. Dziewczynka widziała jak błękitny kamień mieni się oprawiony w złotą koronkę.
   Misae wzięła przedmiot w smukłą dłoń i przyjrzała się mu. Następnie otworzyła księgę i zaczęła kartkować. Kurz tańczył podrywany raz po raz przez kolejne podmuchy powietrza. W końcu zaprzestała poszukiwań i położyła przed sobą pierścień. Wymówiła kilka zdań niezrozumiałym językiem, a jedyne co dziewczynka zdołała poznać było jej własne imię.
- Daj mi swoją dłoń - powiedziała czarownica i ujęła wyciągniętą w jej kierunku rękę Namid.
Później znów zaczęła wypowiadać zaklęcia. Trwało to kilka minut, a po tym czasie dziewczynka poczuła ukłucie na wierzchniej stronie dłoni. W nikłym świetle świecy zdołała zauważyć, że zarysował się na niej dziwny znak, którego nigdy przedtem nie widziała. Jednak po chwili zniknął. Misae włożyła pierścień na wskazujący palec Namid. Nastała chwila ciszy, która zapowiadała nadejście czegoś czego dziewczynka ani jej ojciec się nie spodziewali.
   Nagle poczuła panikę próbując wydostać się z walącego budynku. Gdy biegła w stronę pozłacanych wrót pałacu spadł na nią ogromny kawałek sufitu. Zawyła z bólu wykręcając ciało w nienaturalny sposób. Dostała silnych drgawek jakby dopadła ją zła siła ze swoimi sztuczkami. Keme musiał ją przytrzymać, by nie upadła na ziemię. Jednak Namid wciąż była w pałacu. Cierpiała okropne męki, ale nie wiedziała czemu czuje ból rozrywający również jej serce. Zauważyła przed sobą parę czarnych, skórzanych butów. Wiedziała do kogo należą, ale nie mogła przypomnieć sobie twarzy. Z przerażeniem zaczęła obserwować jak wszystko znika we mgle, a światło wygasa.

*

   Odemknęła powieki. W pomieszczeniu panował półmrok. Leżała na twardym łóżku, przykryta kocem, który pachniał sierścią mokrego kota. Namid wsparła się na łokciach i otworzyła szerzej oczy. W tej samej chwili poczuła, że ktoś gładzi jej włosy. Keme klęczał koło niej, na podłodze. 
- Posiadasz ogromną moc - wyszeptał - Misae zamknęła ją w pierścieniu, byś była bezpieczniejsza. Póki go nie założysz, nie możesz jej używać.
Mężczyzna podał jej niewielką skórzaną sakiewkę. W środku znajdował się pierścień. 
- Musimy już iść - zwrócił się Keme do czarownicy - już i tak zbyt długo nas nie ma. 
Misae kiwnęła głową i odparła:
- Dziecko, musisz pamiętać, że nie jesteś bezpieczna ze swoją mocą dopóki nie dotrzesz do klasztoru. Tam będą wiedzieć, co z tym począć.
Ojciec pomógł wstać Namid, która wciąż oszołomiona, stawiała jednak pewne kroki. Keme skłonił się kobiecie i opuścili pomieszczenie. 

środa, 21 sierpnia 2013

Rodział 1


  Aponi

   Szkarłat rozlał się na akwamarynowej wodzie. Kapał ze sklepienia, które powoli zakrywała gruba warstwa granatowego weluru. Tafla jeziora lekko drżała, a na horyzoncie płonęła żywym ogniem połykając gasnące słońce. Niepokój jaki budził ten krajobraz był zaraz maskowany przez radosne okrzyki dzieci chlapiących się wodą tuż przy piaszczystym brzegu.
    Zadyszka i towarzyszący temu świszczący oddech przeszkadzały Aponi w zabawie z resztą. Siedziała na plaży z utęsknieniem wpatrując się w roześmiane twarze swoich przyjaciół. Namid, Artur, Aaron i Dawid. Jeszcze Eleanor, ale dziewczynka zupełnie zapomniała o jej obecności choć siedziały stykając się ramionami. Aponi zawsze podziwiała brązowo-rude, lśniące, falujące włosy Namid. Można powiedzieć, że zazdrościła jej pięknej barwy gdyż sama prawie pozbawiona pigmentu nosiła  srebrzyste, połyskujące w słońcu włosy, które w parze z błękitnymi, prawie przezroczystymi oczami stanowiły znak rozpoznawczy ludzi zza Mglistych Skał, których nazywano wrogami Shimy - stolicy królestwa - od czasów wojny, którą toczyli przez osiem długich lat.
   Aponi trafiła do królewskiego zamku na kilka miesięcy po ostatniej bitwie. Błękitne Plemię, bo tak nazywano ich w stolicy ze względu na wyróżniające się chłodno niebieskie oczy, odrzuciło dziecko, które w ich mniemaniu nie było potomkiem dwóch członków plemienia. Kobieta, która wydała je na świat potwierdziła, że ojcem dziecka był jeden z wojowników, którzy najechali na ich wioskę. Ojciec Aponi sam wyglądem przypominał Błękitnych Ludzi, co sprawiało, że dziewczynka nieznacznie różniła się od reszty plemienia. Jednak tak subtelne różnice, jak kształt dłoni, czy ust, pozwoliły na wykluczenie jej ze społeczności i przekazanie strażnikom Shimy.
    W stolicy panowały ścisłe zasady nadawania wysokich urzędów i stanowisk. Osoby o włosach barwy blond połączonych z błękitnymi oczami nie mogły obejmować wysokich posad, czy służyć w specjalnym oddziale królewskiej gwardii. Król, który nienawidził Błękitnego Plemienia za spustoszenie, którego dokonało w trakcie jego spokojnych wówczas rządów, chciał w ten sposób upewnić się, że żaden potomek wrogiego ludu nie zajdzie na tyle wysoko, by stwarzać potencjalne zagrożenie jak choćby chęć dokonania zemsty. Wyjątkiem od srogich przepisów była obecność Aponi na dworze. Została przygarnięta przez młodszą siostrę króla, która nie mogła mieć własnego potomstwa. Choć dziewczynka mogła przebywać na dworze fakt ten był ściśle skrywany przed oczami innych, a na wyjątkowe okazje nosiła perukę, by nie razić króla i nie ośmieszyć go przed poddanymi.


 Namid

    Królestwo noszące nazwę Aquila (od kształtu jego granic przypominającego orła z rozpostartymi skrzydłami) tworzyło dziesięć krain zamieszkiwanych przez różne ludy. Namid pochodziła z Rayen - górzystych terenów poprzecinanych strumieniami rosnącymi w sporych rozmiarów rzeki. Wysokie równiny porastały wszystkie odmiany sosen. W gęstych lasach okrywających podnóża gór kryły się stworzenia, które znali wyłącznie mieszkańcy okolicznych wiosek. Na potrzebę handlarzy wędrujących z dalekiej północy na południe, do Shimy, zbudowano spory odcinek kamiennej drogi oraz dwa solidne mosty. Czas potrzebny na przejechanie tego traktu konno liczono na pięć dób. I tak droga nie pozwalała na pokonanie większej części Rayen gdyż w budowie przeszkadzał żywioł lub dzikie plemiona, które - jedne groźniejsze od drugich - nie mogły zgodzić się na przeprowadzenie traktu przez ich matczyną ziemię.
     Oczywiście, prócz dzikich (przez niektórych uważanych za barbarzyńskich, krążyła nawet pogłoska mówiąca o kanibalizmie) ludów znajdowały się tam plemiona od lat żyjące w większych osadach, a od pewnego czasu budujące również skalne miasta na zboczach gór. Jak w każdej krainie, w skalnym zamku zasiadał lord. W Rayen był nim wysoki, postawny mężczyzna o brązowawej skórze, dumnym spojrzeniu podłużnych oczu  o ciemnych tęczówkach. Chlubił się swoim garbatym, sporych rozmiarów nosem, który należał do dziedzictwa przodków, którzy jako pierwsi zasiedlili te tereny. Nazywał się wdzięcznym imieniem - Kwahu, co w języku przodków oznaczało orła. Rodzina Namid również kontynuowała tradycję związaną ze znaczeniem imion. Jej imieniu nadanemu  przez babkę nie można było zarzucić brak romantyzmu gdyż oznaczało "gwiezdną tancerkę". Jej ojciec nazywał się Keme (sekret), a matka Isi (jeleń). Namid miała także dwóch starszych braci, którzy nazywali się Nahuel (jaguar) oraz Hassun (skała).
    Namid wychowała się w rodzinie, w której pielęgnowano tradycję z taką samą pasją jak z pokolenia na pokolenie przekazywano sztukę strzelania z łuku. Isi nie polowała lecz opiekowała się domem i zajmowała się lecznictwem. Keme uczył dzieci nie tylko łucznictwa, ale i czytania oraz pisania. Była to niespotykana umiejętność wśród mieszkańców mniejszych osad Rayen. Jednak ojciec Namid posiadł ją dzięki swemu ojcu, który niegdyś służył jako doradca poprzedniego lorda w Skalnym Mieście.
     Rodzina Namid zamieszkiwała jedną z najdalej położonych od Skalnego Miasta osad. Jej granice stanowiła gęsta puszcza i choć niewysokie lecz słabo zbadane góry. Po drugiej stronie pasma znajdowała się większość osad, włącznie z miastem, w którym swą siedzibę miał Lord. Niestety pewnego dnia, na wioskę zamieszkałą przez rodzinę Namid, dnia najechało wrogie plemię z Krauk - sąsiedniej krainy zamieszkiwanej głównie przez barbarzyńskie ludy, które siały spustoszenie napadając na ludzi, grabiąc wioski, a na końcu podpalając je. Zawsze zjawiali się konno, a wraz z nimi znikało z wioski kilkoro dzieci w różnym wieku. Ludzie zaczęli uciekać porzucając wszystko, co posiadali. Namid miała wtedy cztery lata, Nahuel sześć, a Hassun dziewięć.
    Podróż przez gęsty las stwarzała wiele zagrożeń, a dotarcie na trakt handlowy tylko pozornie mogło dać poczucie większego bezpieczeństwa gdyż tam, gdzie cenne towary, tam i szajki rabusiów. Po dwóch dniach wędrówki rodzinę dostrzegł przejeżdżający kupiec i zatrzymał konia. Ostatkiem sił wsiedli na wóz pełen drogich tkanin i kruszców. Kupiec o imieniu Artur w ich towarzystwie widział swój interes. Pożywił ich, dał broń Keme, Isi i Haussunowi w postaci dwóch łuków i ostrego sztyletu, i pozwolił by zabrali się z nim w zamian za pilnowanie jego towarów. Keme był znakomitym rozmówcą obdarzonym niezwykłą inteligencją, a jego wykształcenie zaimponowało Arturowi. Podróż tak połączyła te dwie dusze, że więzy przyjaźni nie pozwoliły handlarzowi na pozostawienie rodziny bez dalszej pomocy. Artur poradził Keme, by przedstawił problem królowi, którego opisał jako poczciwego władcę lubiącego osoby o ciemnej karnacji i włosach.
    Keme dopuszczono przed oblicze króla, który wysłuchał jego historii i na znak przyjaźni Shimy i Rayen polecił służbie zaopiekowanie się jego rodziną. Keme przedstawił władcy również własną strategię walki z barbarzyńskim plemieniem. Jego plan, odważne spojrzenie i dumne rysy tak spodobały się królowi, że już kolejnego dnia podjął decyzję o mianowaniu go swoim doradcą. Spontaniczność władcy nie spodobała się jego młodszemu bratu - lordowi krainy Otori - ziem wysuniętych na wschodni kraniec królestwa zakończonych rozległym oceanem.
- Johnie, w pełni szanuję każdą twoją decyzję i wierzę, że twoje wybory są niezaprzeczalnie słuszne - zamilkł na krótką chwilę, obrócił się w stronę króla i po chwilowym zawahaniu kontynuował - jednakże jako twój brat czuję silne zobowiązanie żeby zwrócić ci uwagę gdy twoje wybory mogą wydawać się zbyt pochopne. Uniósł w górę wskazujący palec, otwarł usta jakby wpadł na świetny pomysł. Jednak po krótkiej chwili opuścił nieznacznie głowę, zmarszczył ciemne, wąskie brwi i oparł siekacze na uniesionym palcu. Zaraz opuścił ręce, wyprostował się i przybrał zatroskaną minę. Patrzał na króla z wyczekiwaniem pełnym nadziei. John westchnął, poprawił się nerwowo na tronie i przekrzywił głowę.
- Nathanie, nie zmienię swojej decyzji - odparł stanowczo.
- Ale...- próbował wtrącić brat.
- Jednak mogę zapoznać cię z Keme. Gdy go ujrzysz zaręczam, że znacznie się uspokoisz.
Król wykonał gest w kierunku jednego ze strażników, a ten opuścił salę za żelaznymi drzwiami. Po chwili milczenia John odrzekł:
- Poza tym, nie jestem niemądry żeby od razu zaufać każdemu jego słowu. Na razie chcę omówić z Kwahu strategię wojskową, którą Keme mi przedstawił. Jeśli lord zgodzi się na jej wprowadzenie, a ona się sprawdzi, to będzie pierwszy krok do zdobycia mego zaufania. 
    Gdy król skończył wypowiadać ostatnie zdanie do sali wszedł Keme. Wyprostowana postawa, muskularne ciało, dumne spojrzenie i nieznacznie uniesiony podbródek. Nathan nie należał do osób ufnych i nie zmienił swojego, ale nie mógł zaprzeczyć, że Keme wyglądał na zdecydowanego i mądrego wodza (nie ważne, że nigdy nim nie był - dla wszystkich niezainteresowanych historią Rayen każdy rdzenny mieszkaniec tych terenów nosił pióropusz, łuk i dowodził plemieniem).
W ten sposób rodzina Namid znalazła się na dworze.
   Sama dziewczynka bardzo przypominała wyglądem ojca. Największe wrażenie robiło dojrzałe i pełne dumy spojrzenie, które połączone z drobnym ciałem czterolatki budziło szacunek i podziw. Ciemnobrązowe tęczówki zamknięte w podłużnym kształcie nieznacznie skośnych oczu. Jej nos był genetyczną pamiątką po przodkach, a jego rozmiar nie dodawał dziewczęcego uroku, ale za to sporo charakteru. W dodatku gęste, falujące włosy oddziedziczone po matce pięknie obramowywały twarz stwarzając jej oblicze niepowtarzalnym i nie skłonnym do zapomnienia.


Aaron

Lew - i - wilk, wilk - i - lew, go - nią - się - po - śród - drzew. O - gień - w - le - sie, wieść - wódz - nie - sie, że - wilk - i - lew - go - nią - cię!
    Pisk i chichot rozbrzmiały z ostatnią sylabą wyliczanki. Noah siedząc na rzeźbionym drewnianym krześle obserwowała zabawę syna z przyjaciółmi. Kobieta uśmiechała się znad książki, którą czytała z niespotykaną pasją. Kochała czytać, zawsze zaszywała się wśród stron i upajała ich zapachem gdy chciała uciec od kłopotów. Książka była lekarstwem na każdy problem. Naiwność Noah pozwalała wierzyć, że wszystko uda jej się naprawić w sposób równie romantyczny i idealny jak ten, który przedstawiano w powieści. Jednak z jednym problemem nie mogła się uporać. Jedno kłamstwo prześladowało ją nawet w książkach i przyszyło na jej wymuskanej twarzy sztuczny uśmiech. Kłamstwo, które mogło nigdy nie powstać, ale prawdopodobnie inaczej potoczyłyby się losy królestwa.
    Gdy Noah miała piętnaście lat wydano ją za osiemnaście lat starszego Johna, który objął władzę i potrzebował potomka. Pokochał swoją żonę lecz długo nie mogli mieć dzieci z jej przyczyny. Król starzał się, a brak następcy spędzał mu sen z powiek. Na jednym z przyjęć Noah poznała bliżej Nathana, młodszego brata Johna, który już wówczas był lordem Otori. Osiemnastolatka silnie się zadurzyła w bracie króla, nocami nie mogła przestać o nim myśleć, na niebie, pośród gwiazd rysowała się jego twarz. Błękitne oczy patrzyły się na nią gdziekolwiek była, a na myśl o nich płonęła rumieńcem.
   Gdy John wyjechał na polowanie, a ona została w zamku nadarzyła się okazja dla zakochanych. Nathan zakradł się do komnaty i złączyli się porywczą miłością gorących serc. Niedoświadczona Noah nie nauczyła się z książek, że los może tak z niej zadrwić i wkrótce okazało się, że nosiła w sobie dziecko. Króla rozpierała duma, a wraz z nadejściem każdych kolejnych gratulacji, na szyi Noah samoistnie zaciskała się pętla. Nathan nie odzywał się do dziewczyny, co tylko bardziej ją przerażało. Nie chciała, by prawda wyszła na jaw, ale gorąco pragnęła spędzić resztę życia z prawdziwym ojcem jej dziecka.
    Kiedy urodził się Aaron od razu gorąco go pokochała jak i znienawidziła. Widziała w nim Nathana, widziała w nim ich oboje, ich miłość. Łudząc się, że to powróci nie przestawała myśleć o ukochanym, jednocześnie starając się być jak najlepszą matką. Nie pozwalała żadnej opiekunce zająć się jej dzieckiem, Noah i Aaron stali się nierozłączni. John podziwiał silną więź jaka się między nimi utworzyła jednocześnie samemu nie odnajdując dobrego kontaktu z synem. Jednak nigdy nie grzeszył spostrzegawczością, a z dwójki braci to Nathan zawsze był uważany za obdarzonego inteligencją, a John za to nieprzeciętną siłą. Więc ich sekret pozostawał bezpieczny gdy chłopiec dorastał.
- Uważaj na ostrze. Zawsze chwytaj rękojeść oburącz - przemawiał spokojnie Aaron instruując Namid, która pierwszy raz w życiu trzymała miecz. Jego skupiony głos brzmiał bardzo poważnie i dojrzale jak na ośmiolatka. Noah rozchyliła usta i uniosła wzrok nad książki w geście zdziwienia. Wraz z powiewem wschodniego wiatru nadleciały wszystkie wspomnienia. Przełknęła głośno ślinę i zniknęła w kamiennym domostwie.
    Dziewczynka przyglądała się Aaronowi, który był o rok od niej starszy, ale nieco niższy. Patrzała na jego błękitnozielone oczy i podziwiała płonące w nich ogniki, które jaśniały na jego tęczówkach. Chłopiec uniósł miecz i zwrócił jej uwagę na kukłę, w którą wycelował czubek ostrza. Wykonał kilka zręcznych ruchów, zbliżył się do kukły tak szybko i płynnie, że Namid nawet nie zauważyła jak stawiał kroki. Następnie schylił się unikając ciosu od słomianego rycerza, obrócił miecz w dłoniach i wziął spory zamach, by trafić kukłę z poprzedzającym uderzenie groźnym świstem ostrza rozcinającego powietrze. Dziewczynka oglądała jego popis z zapartym tchem. Gdy sama próbowała wykonać podobny ruch mieczem omalże się nie przewróciła.    
    Tego popołudnia Namid zaprowadziła Aarona w odpowiednie miejsce w lesie, by zrewanżować się popisem swoich umiejętności łucznictwa. Zatrzymali się na niewielkiej łące gdzie trawa i wplątane w nią fioletowe i żółte kwiaty sięgały im pasa. Wyraźnie słyszeli szum strumienia i rozmaite odgłosy, a czasem całe pieśni leśnego ptactwa ukrytego gdzieś w koronach sędziwych drzew. Ustawili kukłę i oddalili się od niej na odległość kilkudziesięciu stóp. Dziewczynka w milczeniu uniosła łuk i strzałę, napięła cięciwę i wystrzeliła. Kukła nie różniąca się niczym od tej, na której tego samego dnia trenował Aaron, została trafiona w punkt w jakim u człowieka z krwi i kości powinno znajdować się serce. Strzelanie z łuku szło chłopcu równie zręcznie jak Namid posługiwanie się mieczem.
    Po dwóch godzinach spędzonych w lesie wrócili do zamku, w którym czekała Noah. Nie był to ogromny pałac kapiący bogactwem lecz kamienna budowla z jedną pięciometrową wieżą. Była to ich skromniejszy dom, w którym mogli odpocząć od atmosfery panującej w pałacu i na królewskim dworze. Noah nie godziła się na to aby towarzyszyła im służba, czy straże. Jednak John, martwiąc się o bezpieczeństwo jej i jedynego syna, nie mógł zgodzić się na wszystko, o co prosiła, więc zamku zawsze pilnowało przynajmniej dwóch zaufanych strażników.
    Aaron uwielbiał przesiadywać w swojej komnacie i obserwować korony drzew, które zmieniały kolor o każdej porze dnia. Chłopiec zawsze siadał na kamiennym parapecie z książką, którą znajdował w zbiorach swojego nauczyciela, Marcusa, który nie tylko przekazał mu sztukę czytania i pisania, ale także nauczył jak oddzielać ziarno od plew. Dzięki niemu poznał niesamowite historie, które były ucztą dla  wnikliwego umysłu chłopca i stwarzały jedyną dla niego możliwość poznania prawdziwego świata wraz z jego wszystkimi blaskami i cieniami, przed którymi był skutecznie chroniony za ciężkimi wrotami królewskiego zamku. Tak więc chłopiec przesiadywał we wieży godzinami obserwując jak słońce kładzie się na zielonym dywanie, a kolor jaki wydobywało z drzew podobał mu się najbardziej późnym popołudniem. Gdy złociste słońce już kładło się ku zachodowi lecz jeszcze nie przybierało ognistej barwy, upajał się widokiem szumiącego lasu, który o tej porze najbardziej przypominał ten z ulubionych powieści. Wtedy jego serce goręcej tęskniło za przygodami opisywanymi w księgach, a jego oczy szkliły się z pasją i żalem gdy chłopiec przewracał stronice w poszukiwaniu ostatnio przeczytanego fragmentu. Wtedy zawieszał wzrok na najdalszym punkcie na horyzoncie i wracał do powieści, by o tej wyjątkowej porze dnia jeszcze mocniej związać się z bohaterami i ich przygodami.




poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wprowadzenie

Witam wszystkich na moim blogu. Już niedługo znajdziecie tu pierwsze posty opowiadania fantasy. Kiedyś próbowałam prowadzić podobnego bloga, ale niestety nic z tego nie wyszło. Mam nadzieję, że teraz będzie inaczej, a mój zapał nie ostygnie. Z góry przepraszam za nieskomplikowany szablon i nieciekawą stronę graficzną. Będę starała się coś w tej kwestii zmienić, ale na razie skupię moją całą uwagę na pisaniu, a może w trakcie powstawania powieści uda mi się (możliwe że z czyjąś pomocą) zmienić wygląd tego bloga na bardziej interesujący.